środa, 9 lutego 2011

przygody matyldy /cz. 17/


Znowu wstaliśmy wcześnie rano i zebraliśmy się całą naszą ekipą wycieczkową (czyli ja, Matylda, Kamil, Uszatek, Marysia i Maks oraz Zdzisio i Roberta) przed domem. Pojechaliśmy sobie tym razem na szybkie zwiedzanie Watykanu. Szybkie, bo każdemu spieszyło się nad morze. Jechaliśmy nad Morze Tyrreńskie.
Pogoda była piękna, ciepło (wręcz gorąco),  wiał lekki wiaterek, piękne słońce świeciło na niebie, po którym pływały sobie piękne, delikatne chmurki. Nic tylko leżeć na plaży opalać się i pluskać się w wodzie. Spakowałem sobie szorty kąpielowe, ręcznik, kapelusz na głowę, krem do opalania. Każdy miał podobny zestaw plażowicza :) Jedynie rodzice Kamilka i Matyldy zabrali ze sobą jeszcze jakieś czasopisma, książki no i oczywiście jeszcze jakieś przekąski jak zgłodniejemy.
Przyznam szczerze, że niewiele pamiętam z tego co widziałem w Watykanie, za bardzo byłem zaaferowany tym morzem. Przecież ja jeszcze nigdy nie byłem nad morzem. Owszem kiedyś byłem z rodziną Matyldzi nad wodą. Ale to była rzeka, to był staw – wtedy jak pojechaliśmy na ryby. To było jezioro, jak pojechaliśmy na wczasy pod namiot. Ale nie prawie wielka woda – nie MORZE.
Słyszałem, że nad morzem to są fale czasami takie, że zakrywają Cię całego. A czasami jest takie spokojne jak jezioro.
W końcu dotarliśmy nad morze. Po wielkich trudach udało nam się zapakować nasz wycieczkowy samochód, zabraliśmy wszystkie manatki i udaliśmy się na plażę. No i wiecie co??? Ten piasek wcale nie był złoty i mięciutki. Nikt mi nie powiedział, że z tej strony Włoch piasek przypomina bardziej drobne kamyczki, a nie złoty pył. Ale i tak będę z niego budował piękne zamki.
Bo ja Wam nie powiedziałem, że jeszcze spakowaliśmy sobie zestaw małego plażowego budowniczego, czyli łopatki, wiaderka, foremki i inne niezbędne do budowania zamków rzeczy.
Rozłożyliśmy się blisko wody, żeby rodzice mieli nas na oku. Nieopodal była wieżyczka ratownika, który dzielnie obserwował czy wszystko jest OK, a jak ktoś za daleko wypływał to on gwizdał gwizdkiem i kazał wracać.
Oczywiście cała nasza czwórka (Kamilek, Uszatek, Matyldzia i ja) pobiegliśmy od razu do wody. Akurat były takie nie za wielkie fale i skakaliśmy przez nie chyba ze dwie godziny. Śmieszna rzecz mi się przytrafiła. Od tego skakania i niejednej wywrotki to pękła mi gumka w moich szortach ;) Mieliśmy z tego powodu ubaw po pachy. To znaczy mnie na początku nie było do śmiechu. Ale Matyldzia mnie pocieszyła troszkę i później już razem się śmialiśmy.
Zrobiliśmy sobie małą przerwę na naprawę moich gatek i małą przekąskę, po czym wróciliśmy do naszych harców i zabaw :) Tata Kamilka uczył nas pływać. Ale nie wzięliśmy ze sobą kół i motylków i niezbyt nam to wychodziło. Dlatego powiedział, że następnym razem bardziej się przygotujemy i będziemy pływać jak rybki.
Powiem Wam, że tak byliśmy zajęci nauką pływania i cieszeniem się morzem, że zapomnieliśmy o budowie zamków. Być na plaży i zamku nie zbudować.... ale musicie nam wybaczyć. Następny nasz wypad nad morze zaowocuje pięknym zamkiem. Może nawet uda się zrobić jakieś zdjęcie :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz