środa, 2 marca 2011

przygody matyldy /cz. 18/


Ale się porobiło. No to mam przygodę nie lada. Pojechaliśmy do Wenecji. To takie miasto na wodzie, pływa się tam gondolami. Generalnie jest pięknie. Ale nie wiem czy lubię to miasto. Na prawdę nie wiem. Bo najadłem się strachu. A jak coś niefajnego mi się przytrafia w jakimś miejscu, to ja później niezbyt to lubię. Ale to moja wina i tylko moja. Moje gapiostwo i chęć zobaczenia wszystkiego.
Więc było to tak. Zwiedzaliśmy tę Wenecję, jej wąskie uliczki, kanaliki. Pływaliśmy gondolą - to taka długa łódka, którą napędza gondolier wiosłem. Pan gondolier opowiadał piękne historie. Oczywiście po włosku, ale mama Kamilka nam wszystko tłumaczyła. Nie obyło się też bez pysznego włoskiego obiadu, który jedliśmy w przytulnej rodzinnej knajpce. Było na prawdę pycha. I tak się cieszyłem, bo mieliśmy popłynąć w rejs statkiem, gdzieś na jakąś wysepkę. Niestety, ja roztrzepany Spysio wyciągnąłem Matyldę jeszcze do takiego pomnika, co przedstawiał rękę. Na prawdę taka rozpostarta ręka. Matylda też mi nie wierzyła więc chciałem jej pokazać. No więc pobiegliśmy tam szybciutko. Rodzice nam pozwolili, bo to blisko przystani było i było raczej pewne, że damy radę.
Oczywiście z językami na brodach wskoczyliśmy na statek. Matyldzia zapytała czy ten statek płynie na wyspę. Pan co wpuszczał na pokład, odpowiedział że tak i czy aby na pewno mamy płynąć z nim i gdzie są nasi opiekunowie. Matyldzia powiedziała, że już są na pokładzie i na nas czekają. Nawet pokazała paluszkiem, że chyba tam widzi swoją mamusię. Pan nas wpuścił. Byliśmy ostatnimi wchodzącymi, a raczej wbiegającymi na pokład i statek wyruszył w rejs. A my ruszyliśmy szukać Naszych.
No i tu pojawił się problem. Zeszliśmy cały statek wzdłuż i wszerz i nie udało nam się ich znaleźć. Matylda była troszkę przerażona, ale uspokoiłem ją mówiąc, że pewnie oni szukają nas i się mijamy, że jak dobijemy do portu, to wysiądziemy jako pierwsi i ich znajdziemy.
Płyniemy i płyniemy a wyspy nie widać. Pamiętam jak dziś, jak rodzice Kamilka opowiadali o tej pięknej wysepce, na którą płynie się mniej niż dwie godziny. Przysięgam na mój ogon, Spysiowy ogon, ta podróż trwała dłużej. Ale nic nie mówiłem Matyldzi, żeby jej nie denerwować. I tak sporo czasu zajęło mi żeby ją uspokoić. Teraz siedzieliśmy na górnym pokładzie i podziwialiśmy widoki.
Owszem było pięknie i w ogóle, ale ja bardziej myślałem o tym kiedy znowu będziemy przy naszej rodzinie. Troszkę się bałem, że jednak nie spotkamy ich w porcie.
Nie wiem ile trwał rejs, ale już zdążyliśmy zgłodnieć. W końcu naszym oczom ukazała się przecudna wyspa. Na prawdę była piękna. Wszędzie było widać piękne czerwone dachy, kolorowe kwiaty.... a jak tam pachniało, o jejku jejku. Aż na chwilę zapomniałem, że jesteśmy w tarapatach.
Niestety okazało się tak jak przypuszczałem. Na lądzie nie spotkaliśmy ani Kamilka z Uszatkiem, ani Marysi i Maksa, ani Pana Zdzisia i Roberty.
Ale za to poznaliśmy z Matyldzią podczas naszego rejsu pana Fabio i jego prześliczną żonę Luiginę. Opowiedzieliśmy im naszą przygodę i oni zaopiekowali się nami. Ale pozwólcie, że opowiem Wam o tym później, bo teraz muszę przypilnować Matyldę żeby ładnie zasnęła.

1 komentarz:

  1. podoba mi się sposób w jaki piszesz :) chyba będę tu częściej zaglądać :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń