środa, 23 marca 2011

przygody matyldy /cz. 19/


No dobrze Matylda zasnęła więc mogę zabrać się za dokończenie opowieści. Jak już wiecie pomyliliśmy statki i zamiast na wyspę nieopodal Wenecji trafiliśmy na Capri. Przyznam szczerze, że na samo wspomnienie ogonek mi opada do samej ziemi. Wiem, że ludzie mówią, że ręce im opadają, więc ja mogę powiedzieć, że mi opada ogonek. Ale znów odbiegam od tematu. W związku z tym, że opada mi ogonek na samo wspomnienie mam do Was prośbę. Weźcie mapę i zobaczcie gdzie powinniśmy być, a gdzie wylądowaliśmy.
W trakcie rejsu poznaliśmy Fabia i Luiginę. Przemiłe włoskie małżeństwo, które zajęło się nami podczas rejsu. Wszystko im opowiedzieliśmy. O Kamilku i Uszatku i jego rodzicach, o rodzicach Matyldy, o Wenecji, o wyspie, o pomylonych statkach. Bardzo się przejęli naszym losem i powiedzieli, że się nami zaopiekują. Przypominam sobie jak rodzice Matyldzi powtarzali, że nie wolno rozmawiać z nieznajomymi. Ale Wy czegoś nie wiecie o mnie. Bo ja to mam jeszcze jedną właściowość. Mój nos świetnie wyczuwa dobrych ludzi. Jeśli ktoś jest dobry to mój nosek wysyła sygnał do ogonka i wtedy mój ogonek tak radośnie się pręży. A jak ktoś jest niedobry to wtedy wysyła inny sygnał, zaczynam zgrzytać zębami, a ogonek ze złości tnie powietrze, tak szast, prast.
Więc w tym przypadku mój ogonek radośnie się prężył, ja nie zgrzytałem zębami.
Jak zeszliśmy na ląd to okazało się, że ci przemili włosi mieli swój domek na tej Capri. Zabrali nas do niego i nakarmili. Chcieli się skontaktować z naszymi rodzicami, znaczy z Matyldzi rodzicami, albo z rodzicami Kamilka. Niestety, ani Matyldzia, ani ja nie mieliśmy numeru telefonu do żadnego z nich. Powiedzieli, że mamy się nie martwić i nic złego nam się nie stanie i później będziemy wspominać tę przygodę z uśmiechem. Ale jak ja mam się uśmiechać skoro Matyldzia co jakiś czas szlocha. Było mi jej żal, a ja jej opiekun, jej osobisty Spysio nie potrafiłem pomóc.
Fabio i Luigina to starsze małżeństwo, ich dzieci są już dorosłe i wyjechały gdzieś za granicę, razem ze swoimi dziećmi. Pokazali nam wszystkie zdjęcia, niektóre były bardzo zabawne, tak zabawne, że nawet Matyldzia się uśmiechnęła. W międzyczasie zjedliśmy obiad i podwieczorek, a po wszystkim Fabio zaprowadził nas do pokoju, który przygotowała nam Luigina. Pokój był przepiękny, cały biały z wielkim, miękkim łóżkiem, przy którym stała biała szafka, mała komódka i regalik. Jak w bajce. Luigina przyniosła Matyldzi kilka pięknych sukienek, które nosiła kiedyś jej córka - Francesca.
Jak sprawdzałem czy łóżko jest wygodne to na chwilę przysnąłem, a obok mnie przysnęła Matyldzia. To był dzień pełen wrażeń, ale jeszcze się nie kończył. Bo jak się obudziliśmy to nasi gospodarze postanowili pokazać nam wyspę i wzięli nas na spacer po okolicy. Urocze miejsce. Musimy zabrać tu kiedyś rodziców Matyldzi no i Kamilkowych też, jeśli tu jeszcze nie byli.
Poznaliśmy też sąsiadów naszych gospodarzy, którzy usłyszeli naszą historię i też postanowili jakoś pomóc. Pocztą pantoflową poszła wieść o nas i każdy chciał nas obejrzeć i pomóc. Fajnie, im więcej osób, tym więcej pomysłów i może szybciej trafimy do naszych bliskich.
Nie było nam tam źle, ale wiecie.... baliśmy się, że oni tam się denerwują niepotrzebnie. Bo przecież my świetnie dawaliśmy sobie radę.
Następnym razem opowiem Wam jak to było, że w końcu trafiliśmy do domu.
Miłego dnia Zuchy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz