środa, 4 maja 2011

przygody Matyldy /cz. 22/


Jak już wiecie w końcu zobaczyliśmy "naszych rodziców". Ależ była wielka radość. Ściskanie, całowanie, radość, śmiech. Tak na prawdę bałem się troszkę, że Marysia albo Maks będą na nas źlii troszkę na nas nakrzyczą. Ale całe szczęście było inaczej. Cieszyli się, że jesteśmy cali i zdrowi i prosili, żebyśmy więcej nie wpadali, w takie tarapaty.
Zasiedliśmy wspólnie do stołu i Matyldzia jeszcze raz opowiedziała naszą przygodę Rodzicom i tacie Kamilka. Powiedzieli, że skoro widzą nas całych i zdrowych to ta cała historia wydaje się być nawet  zabawna. Ale wcale im nie było do śmiechu jak się zorientowali, że się zgubiliśmy.
Maks zaczął opowiadać jak czekali na nas w porcie i kapitan kazał już wchodzić na statek. Weszli tylko dlatego, że  kapitan obiecał osobiście nas przyprowadzić do nich. Zdecydowali się wejść na statek bo Kamilek wypatrzył nas biegnących w stronę statku. Nikt nie pomyślał, że wbiegniemy do pierwszego lepszego.
Ale.... nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Dzięki temu całemu zamieszaniu zwiedziliśmy więcej niż było w planach. Poznaliśmy cudownych ludzi. Luigina i Fabio zaproponowali, żebyśmy zostali jeszcze trochę. W związku z tym, że Kamil i Roberta zostali w domu, z gośćmi na głowie nie mogliśmy zostać tam dłużej. Ale Luigina powiedziała, że muszą urządzić przyjęcie z okazji szczęśliwego zakończenia tej przygody, dlatego zostaliśmy na następny dzień i po pieknej fecie poszliśmy spać i wyruszliśmy z samego rana w podróż do Rzymu. Nasi gospodarze zapraszali nas do siebie. No i Marysia obiecała, że w przyszłym roku przyjedziemy do nich na wakacje. Wymieniliśmy się adresami, telefonami i tymi nooo emilami, emaliami..... oj to jakoś inaczej się nazywa, ale podobnie. Chodzi mi o tą pocztę elektryczną (a może elektroniczną) i ten cały internet. Fajna sprawa, bo można się porozumiewać z ludźmi na drugim końcu świata.
Trasa w drugą stronę była całkiem inna, przecież przypłynęliśmy tutaj statkiem, a w drugą stronę jechaliśmy samochodem. No fakt, przez chwilę płynęliśmy promem, ale to się nie liczy.
Włochy to na prawdę piękny kraj. Dobrze, że jeszcze tu wrócimy. Z jednej strony żal wracać do domu, ale z drugiej strony tęsknię za nim i za moimi przyjaciółmi, którzy tam zostali.
W końcu zobaczę się z Mietkiem i Heniem i wszystko im opowiem, tak jak Wam. No i oczywiście zabiorę ich w wielki lot moim pięknym dwupłatem :) Już się nie mogę doczekać aż zobaczę ich zachwycone pyszczki:D
Do następnego razu, Zuchy :)

p.s. Pozdrowienia od Matyldzi
p.s. 2 Marysia znów zabiera nas w krainę Baśnioboru .... niebawem sami się przekonacie jak tam jest cudownie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz