czwartek, 23 czerwca 2011

Dzień Ojca


Marysia mieszkała w wysokim wieżowcu na nowopowstającym osiedlu. Żyła tam sobie z rodzicami i bratem. Z okna miała piękny widok na pola i las, co musicie przyznać, rzadko zdaża się w mieście. W okresie wiosenno letnim przez cały tydzień czekała na sobotę. Bo to właśnie wtedy nie będzie musiał iść do pracy i  będzie zabierał Marysię na, jak to nazywali... ucieczki.
Zawsze wstawali skoro świt, pakowali plecak i wyruszali po przygodę. W plecaku były kanapki, coś do picia, harcerski nóż (Marysia należała do zuchów, a taki nóż jest bardzo przydatny dla przyszłych harcerzy), kompas, linki, sznurki i inne niezbędne rzeczy. 
Wychodzili z domu, podziemnym przejściem przechodzili na drugą stronę ulicy i przez łąkę szli w kierunku  lasu. Marysia po drodze zbierała różne polne kwiaty... czerwone maki, chabry, stokrotki, rumianki i złote kaczeńce.
W połowie drogi robili mały przystanek, nieopodal pięknie pachnącego krzewu jaśminu. Marysia bardzo lubiła zapach jaśminu. Tam z zebranych kwiatów i traw robiła wianek – dla mamy. Czasami zakładała go na swoją blond główkę i szła z nim w dalszą drogę, a czasami zostawiała pod krzewem i zabierała go ze sobą w drodze powrotnej.
Aby nabrać sił należało się posilić i napić. Wspólnie przygotowane kanapki smakowały wręcz wybornie, jak najlepsze rarytasy świata. Po posiłku udawali się w dalszą drogę. Aby wejść do lasu musieli przejść przez tory. Tata zawsze uczulał Marysię, żeby uważnie sprawdzała czy nie nadjeżdża pociąg. Jeśli jechał, stawali w bezpiecznej odległości od torów i Marysia machała podróżnym. Jeśli nic nie jechało przechodzili, nie przebiegali, tylko przechodzili przez tory i wchodzili do „zaczarowanego” lasu. 
Tata pokazywał jej różne gatunki drzew i krzewów, mówił jak się nazywają. Marysia bardzo dużo się uczyła na ucieczkach. Lubiła nasłuchiwać śpiewu ptaków i szukać tych małych śpiewaków wśród koron drzew. Miała szczęście, że mieszkała tak blisko lasu mieszanego, czyli takiego, w którym rosną i drzewa liściaste i iglaste. Dzięki temu mogła dowiedzieć się więcej. 
W końcu dochodzili do polanki, na środku której było specjalnie zrobione palenisko, otoczone kamieniami. Takie miejsce na rozpalenie ogniska. W lesie nie można palić ognisk, gdyż to grozi pożarem. Ale skoro ktoś przygotował takie palenisko, to znaczyło, że można je tam zorganizować. 
Ustawiali stożek ze znalezionych gałązek i rozpalali małe ognisko. Czasami piekli w ognisku jabłka, marchewki, kiełbaski albo ziemniaczki, ale to tylko w sytuacji gdy byli bardzo głodni. Zawsze mieli ze sobą butelkę z wodą, do zagaszenia ogniska. Wszystko ładnie sprzątali po sobie i wracali wdrogę powrotną. 
Tam zawsze czekała na nich mama. Mimo, że zasadą ucieczki było to, że nikt nie miał o nich wiedzieć, to mama zawsze wiedziała, że Marysia z Tatą właśnie na ucieczce. Tata mówił córce, że muszą zostawić mamie informację co się z nimi dzieje, żeby się nie denerwowała. I Marysia zawsze pisała na kartce „Jesteśmy na ucieczce”.
Ale i tak ucieczki były ich tajemnicą, a sobota była tylko ich dniem ... dniem taty i córki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz