środa, 29 czerwca 2011

przygody Matyldy /cz. 24/


Ale mi głupio zasnąłem przy tak fajnej książce. Pocieszam się tym, że nawet najlepszym się to przytrafia. Jestem usprawiedliwiony, bo to był dzień męczący. Nie dość, że długa podróż, to jeszcze przelotki z chłopakami, o rozpakowywaniu bagaży już nawet nie wspominam. 
Matyldzia dała nam się wyspać, sama też musiała bo było tak jak mówiłem. Chłopcy nie dali jej pójść spać więc też była bardzo zmęczona.
Po śniadaniu zapakowała naszą trójkę do wózeczka i poszliśmy na spacer. Nieopodal naszego domu jest piękny, wielki park. Pojechaliśmy do tego parku. W bidonie Matyldzia miała mleko. Zapakowała też kocyk, kanapki, małą miseczkę i lusterko.
Rozłożyliśmy kocyk na małym pagórku, z którego był fajny widok na park. Widać było kępy krzewów, kwiaty, drzewa... wszystko jak na dłoni. Wszyscy położliśmy sie na kocu,na brzuchach, żeby wszystko bacznie obserwować. 
Mijało nas bardzo dużo Pań z wózkami. Obok nas kilka osób rozłożyło kocyki, kosze .. przyjechali na piknik. Miło tak. 
Matyldzia wyciągnęła książkę i zaczęła czytać. Ukradkiem napiłem się jeszcze mleka, słuchałem jak Matylda czyta i czekałem. Czekałem aż podlecą do nas jakieś wróżki. Jednak ja cały czas widziałem motyle, ważki, muszki.... żadna nie chciała przemienić się we wróżkę. To na bank wina mleka. Muszę powiedzieć Matyldzi, żeby porozmawiała z mamą. Trzeba koniecznie zmienić dostawcę mleka. 
Widziałem jak Miecio niecierpliwie się kręcił i rozglądał, tak samo jak ja. Henio co zobaczył   jakiegoś ptaszka lub owada krzyczał „ooo zobaczcie, wróżka, wróżka”.
Jak Matyldzia skończyła czytać zjedliśmy cały prowiant i zaczęliśmy zbierać się do domu. Najgorsze jest to, że byliśmy tak zafascynowani książką, że nie zauważyliśmy tej wielkiej chmury deszczowej. Szybciutko więc Matyldzia wrzuciła kocyk do wózeczka, nas ułożyła tak żebyśmy wszystko dokładnie widzieli, ale bezpiecznie, żebyśmy nie wypadli.
Biegła przed siebie ciągnąc za sobą wózeczek. I zaczął padać deszcz padać. Kazałem Matyldzi okryć się kocem, żeby cała nie zmokła i zeby było jej choć troszkę cieplej. Bo jak to przy deszczu bywa nagle zrobiło się strasznie zimno. 
Biegła i biegła, aż tu nagle jakiś okrutny kamień pojawił się na drodze. Matyldzia potknęła się, przewróciła... wózek też wpadł na ten kamyk, przekoziołkował, wszystko, łącznie z nami wysypało się z niego. Matylda wstała i jak zobaczyła co się stało, to wzięła i się rozpłakała. Nie wiedziałem o co jej chodzi, przecież nic nam się nie stało. Ale otrzepałem futerko, chociaż i tak to nic nie dało, odwróciłem się.... i się załamałem. Wyobraźcie sobie, że kółko od wózka odpadło. Do domu nie było wcale tak daleko, ale biedna mała dziewczynka nie da rady zabrać się z tymi wszystkimi klamotami.
Stanąłem, rozejrzałem się i znalazłem miejsce do schronienia. Kilka metrów od nas stała budka telefoniczna. Ukryliśmy sie tam do czasu aż nie przestanie padać. Na środku dróżki zostały nasze rzeczy, oprócz kółka, które leżało na trawniku. Matylda chlipała, że pewnie zostaniemy w tej budce na zawsze, bo oglądała prognozę pogody, w której mówili, że ma padać przez conajmniej tydzień non stop. Ale miało zacząć padać w nocy.
Całe szczęście byłem na tyle rozsądnym szczurkiem, że przed wyjściem z domu zostawiłem kartkę na kuchennym stole. Więc długo nie musieliśmy gnieździć się w tym ciasnym „pomieszczeniu”. Zobaczyłem znane sylwetki pod wielkim parasolem. To dziadek i babcia Matyldzi przeczytali kartkę i wyszli po nas. Nieśli ze sobą jej kaloszki i płaszczyk przeciwdeszczowy.
Wyskoczyłem na drogę i ich zawołałem. Szybko się zapakowaliśmy. Dziadek naprawił wózeczek i bezpiecznie udaliśmy się żwawym krokiem do domu.
Tam każdy z nas dostał po kubku ciepłej czekolady. Babcia robi najlepszą czekoladę na świecie. 
Czy ja Wam opowiadałem już jacy to są fantastyczni ludzie??  Chodzi mi o dziadków Matyldy. Nie??? To następnym razem Wam opowiem, a teraz wybaczcie idziemy z Matyldzią zażyć ciepłej kąpieli. 
Uważajcie na siebie Zuchy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz