środa, 10 sierpnia 2011

przygody Matyldy /cz. 27/


Cześć Dzieciaki. Co tam u Was słychać?? 
U mnie sporo zmian, ale w sumie nie jest tak źle. Myślałem, że będzie gorzej. Jak pamiętacie opowiadałem Wam jak to Matylda była u swojej koleżanki, rudej Anki. Były też Gosia, Zosia, Hania i Iza. Każda z nich przyszła do Ani bez swoich ulubieńców. Taki warunek postawiła mała gospodyni Ania. 
Ponoć były pyszne przekąski i obiad, i kolacja (tego mogła mi oszczędzić, przecież wie jakim jestem łasuchem, ale ja nie będę się nad Wami znęcał i ominę żywieniowe szczegóły). Dziewczynki grały w różne gry, przebierały się, malowały, robiły sobie nowe fryzury. Taki typowo dziewczęcy wieczór. 
Podejrzewam, że jakbym tam był to troszkę by mnie to nudziło, ale jakby dziewczynki przyszły ze swoimi ulubieńcami to dałby radę. Gosia zawsze przynosiła na ich dziewczęce spotkania Hektora – pluszowego białego królika, Zosia – Stefana, czyli jednorękiego misia, Hania – lalkę Zuzię, Iza – lwa Teofila, a Ania – dwa razy większego ode mnie klauna – Dyzia. Fajne towrzystwo, bardzo ich lubię. Z nimi zawsze jest wesoło. 
Ale znów odbiegam od tematu. No więc dziewczynki się bawiły, chichotały, ganiały, gdy pojawił się tatuś Ani i powiedział, że czas na niespodziankę, którą mają dla nich. Ponoć Ania aż piszczała z radości. Dziewczynki (oczywiście wszystkie oprócz Ani ) były bardzo zaskoczone, tym że jest dla nich jakaś niespodzianka. Wzięły się wszystkie za ręce i poszły za tatą Ani schodkami w dół do piwnicy. Troszkę się bały, ale że były w grupie i był z nimi dorosły to było mniej straszno. Matylda wtedy żałowała, że nie ma mnie przy sobie. Bo wtedy nie bałaby się wcale a wcale (tutaj byłem z siebie duny, bo wiedziałem, że dobrze wywiązuję się z mej roli opiekuna). 
I jak zeszli już do tej piwnicy to tata kazał im szukać tej niespodzianki. Nie zdradził szczegółów. Powiedział tylko tyle: „Jak znajdziecie, to będziecie wiedziały, że to jest to.”
No więc zaczęły szukać, w szafkach, kufrach i innych meblach. Tata i Ania stali z boku i się przyglądali tym poszukiwaniom z uśmiechem na twarzach. 
Teraz najważniejsza część opowieści. Niespodziankę znalazł nie kto inny jak ..... taaaadaaaaaam nasza Matyldzia :) Ależ jestem z niej dumny, na prawdę baaaardzo. Chociaż jak dla mnie to niekoniecznie musiała przynosić tę niespodziankę do domu. No ale co ja mogę na to poradzić. Nic. Ale nie martwcie się, jak pisałem wcześniej aż tak źle nie jest. Niespodzianka jest sympatyczna i da się z nią wytrzymać.
Już nie trzymam Was dłużej w napięciu. Tą niespodzianką było wielkie pudło, a w nim kotka Fruzia i jej siedem kociaków. Dziewczynki skakały z radości i bawiły sie z malcami bardzo długo. Domyślacie się pewnie, że to nie koniec niespodzianki. Ale zapomniałem Wam powiedzieć, że tata Ani kazał dziewczynkom dobrze wybrać sobie kociaka do zabaw. Poważnie się zastanowić..... Aha aha, już wiecie. Ten wybraniec (za wcześniejszą zgodą rodziców, o czym one nie wiedziały) powędrował z nimi do domu.
I tak do nas trafiła mała rudo biała kulka, która nie wiedzieć dlaczego upatrzyła sobie mój ogonek do zabawy. Czasami jest to bolesne. Te małe szpileczkowate ząbki i pazurki. Auć.
Ta kulka nazywa się Fiflak i coś czuję, że często będzie się pojawiała w moich opowiadaniach. Lubię go, mimo tego, że mnie podgryza i drapie. Jest jeszcze mały i na pewno z tego wyrośnie. A jakie śmieszne pytania zadaje. Hihi. 
Teraz moi Kochani uciekam, bo ciężko mi się pisze jak mi Fiflak tutaj skacze, biega, gryzie. 
Do następnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz