środa, 30 marca 2011

Zagadka na Dzień Budyniu




Dziś zagadkę mam dla Ciebie
Ona będzie bardzo miła
Moja mama na śniadanie
Mi ją waśnie przyrządziła

Jest to słodki, gęsty deser
Który łyżką trzeba jeść
W innym razie bardzo łatwo
Przez widelec może przejść

Piękny kolor- ciemny brąz
W smaku-płynna czekolada
Choć podpowiem ci w sekrecie
że ten deser może być
także w  innych, pysznych smakach

Czy już wszyscy dobrze wiedzą
Co w zagadce kryje się?
Zatem, łyżkę w dłonie chwyć
I za budyń zabierz się


Wszystkim smakoszom budyniu życzymy smacznego:)

środa, 23 marca 2011

przygody matyldy /cz. 19/


No dobrze Matylda zasnęła więc mogę zabrać się za dokończenie opowieści. Jak już wiecie pomyliliśmy statki i zamiast na wyspę nieopodal Wenecji trafiliśmy na Capri. Przyznam szczerze, że na samo wspomnienie ogonek mi opada do samej ziemi. Wiem, że ludzie mówią, że ręce im opadają, więc ja mogę powiedzieć, że mi opada ogonek. Ale znów odbiegam od tematu. W związku z tym, że opada mi ogonek na samo wspomnienie mam do Was prośbę. Weźcie mapę i zobaczcie gdzie powinniśmy być, a gdzie wylądowaliśmy.
W trakcie rejsu poznaliśmy Fabia i Luiginę. Przemiłe włoskie małżeństwo, które zajęło się nami podczas rejsu. Wszystko im opowiedzieliśmy. O Kamilku i Uszatku i jego rodzicach, o rodzicach Matyldy, o Wenecji, o wyspie, o pomylonych statkach. Bardzo się przejęli naszym losem i powiedzieli, że się nami zaopiekują. Przypominam sobie jak rodzice Matyldzi powtarzali, że nie wolno rozmawiać z nieznajomymi. Ale Wy czegoś nie wiecie o mnie. Bo ja to mam jeszcze jedną właściowość. Mój nos świetnie wyczuwa dobrych ludzi. Jeśli ktoś jest dobry to mój nosek wysyła sygnał do ogonka i wtedy mój ogonek tak radośnie się pręży. A jak ktoś jest niedobry to wtedy wysyła inny sygnał, zaczynam zgrzytać zębami, a ogonek ze złości tnie powietrze, tak szast, prast.
Więc w tym przypadku mój ogonek radośnie się prężył, ja nie zgrzytałem zębami.
Jak zeszliśmy na ląd to okazało się, że ci przemili włosi mieli swój domek na tej Capri. Zabrali nas do niego i nakarmili. Chcieli się skontaktować z naszymi rodzicami, znaczy z Matyldzi rodzicami, albo z rodzicami Kamilka. Niestety, ani Matyldzia, ani ja nie mieliśmy numeru telefonu do żadnego z nich. Powiedzieli, że mamy się nie martwić i nic złego nam się nie stanie i później będziemy wspominać tę przygodę z uśmiechem. Ale jak ja mam się uśmiechać skoro Matyldzia co jakiś czas szlocha. Było mi jej żal, a ja jej opiekun, jej osobisty Spysio nie potrafiłem pomóc.
Fabio i Luigina to starsze małżeństwo, ich dzieci są już dorosłe i wyjechały gdzieś za granicę, razem ze swoimi dziećmi. Pokazali nam wszystkie zdjęcia, niektóre były bardzo zabawne, tak zabawne, że nawet Matyldzia się uśmiechnęła. W międzyczasie zjedliśmy obiad i podwieczorek, a po wszystkim Fabio zaprowadził nas do pokoju, który przygotowała nam Luigina. Pokój był przepiękny, cały biały z wielkim, miękkim łóżkiem, przy którym stała biała szafka, mała komódka i regalik. Jak w bajce. Luigina przyniosła Matyldzi kilka pięknych sukienek, które nosiła kiedyś jej córka - Francesca.
Jak sprawdzałem czy łóżko jest wygodne to na chwilę przysnąłem, a obok mnie przysnęła Matyldzia. To był dzień pełen wrażeń, ale jeszcze się nie kończył. Bo jak się obudziliśmy to nasi gospodarze postanowili pokazać nam wyspę i wzięli nas na spacer po okolicy. Urocze miejsce. Musimy zabrać tu kiedyś rodziców Matyldzi no i Kamilkowych też, jeśli tu jeszcze nie byli.
Poznaliśmy też sąsiadów naszych gospodarzy, którzy usłyszeli naszą historię i też postanowili jakoś pomóc. Pocztą pantoflową poszła wieść o nas i każdy chciał nas obejrzeć i pomóc. Fajnie, im więcej osób, tym więcej pomysłów i może szybciej trafimy do naszych bliskich.
Nie było nam tam źle, ale wiecie.... baliśmy się, że oni tam się denerwują niepotrzebnie. Bo przecież my świetnie dawaliśmy sobie radę.
Następnym razem opowiem Wam jak to było, że w końcu trafiliśmy do domu.
Miłego dnia Zuchy.

środa, 9 marca 2011

Przebiśnieg


Zima ziemię okryła
Białym puchem śniegowym
By ta się nie przeziębiła
Gdy nastaną chłody

Leżąc pod kołderką
Zbiera dużo siły
By z początkiem wiosny
Przyjąć nowe siewy

Gdy się zima zasiedzi
Bo nie chce odejść
Ziemia ma sposoby
Jak ją sprytnie podejść

Przez śnieg się przebija
Przebiśnieg radosny
Któremu spieszno
Do pierwszych dni wiosny

Na widok przebiśniegu
Zawstydza się zima
Wszak kolor kwiatu
Jest bielszy niż zima

Co jej pozostaje
Jak nie odejść dumnie
Rzucając z przekąsem
"Ja tu wrócę, później"


 

środa, 2 marca 2011

przygody matyldy /cz. 18/


Ale się porobiło. No to mam przygodę nie lada. Pojechaliśmy do Wenecji. To takie miasto na wodzie, pływa się tam gondolami. Generalnie jest pięknie. Ale nie wiem czy lubię to miasto. Na prawdę nie wiem. Bo najadłem się strachu. A jak coś niefajnego mi się przytrafia w jakimś miejscu, to ja później niezbyt to lubię. Ale to moja wina i tylko moja. Moje gapiostwo i chęć zobaczenia wszystkiego.
Więc było to tak. Zwiedzaliśmy tę Wenecję, jej wąskie uliczki, kanaliki. Pływaliśmy gondolą - to taka długa łódka, którą napędza gondolier wiosłem. Pan gondolier opowiadał piękne historie. Oczywiście po włosku, ale mama Kamilka nam wszystko tłumaczyła. Nie obyło się też bez pysznego włoskiego obiadu, który jedliśmy w przytulnej rodzinnej knajpce. Było na prawdę pycha. I tak się cieszyłem, bo mieliśmy popłynąć w rejs statkiem, gdzieś na jakąś wysepkę. Niestety, ja roztrzepany Spysio wyciągnąłem Matyldę jeszcze do takiego pomnika, co przedstawiał rękę. Na prawdę taka rozpostarta ręka. Matylda też mi nie wierzyła więc chciałem jej pokazać. No więc pobiegliśmy tam szybciutko. Rodzice nam pozwolili, bo to blisko przystani było i było raczej pewne, że damy radę.
Oczywiście z językami na brodach wskoczyliśmy na statek. Matyldzia zapytała czy ten statek płynie na wyspę. Pan co wpuszczał na pokład, odpowiedział że tak i czy aby na pewno mamy płynąć z nim i gdzie są nasi opiekunowie. Matyldzia powiedziała, że już są na pokładzie i na nas czekają. Nawet pokazała paluszkiem, że chyba tam widzi swoją mamusię. Pan nas wpuścił. Byliśmy ostatnimi wchodzącymi, a raczej wbiegającymi na pokład i statek wyruszył w rejs. A my ruszyliśmy szukać Naszych.
No i tu pojawił się problem. Zeszliśmy cały statek wzdłuż i wszerz i nie udało nam się ich znaleźć. Matylda była troszkę przerażona, ale uspokoiłem ją mówiąc, że pewnie oni szukają nas i się mijamy, że jak dobijemy do portu, to wysiądziemy jako pierwsi i ich znajdziemy.
Płyniemy i płyniemy a wyspy nie widać. Pamiętam jak dziś, jak rodzice Kamilka opowiadali o tej pięknej wysepce, na którą płynie się mniej niż dwie godziny. Przysięgam na mój ogon, Spysiowy ogon, ta podróż trwała dłużej. Ale nic nie mówiłem Matyldzi, żeby jej nie denerwować. I tak sporo czasu zajęło mi żeby ją uspokoić. Teraz siedzieliśmy na górnym pokładzie i podziwialiśmy widoki.
Owszem było pięknie i w ogóle, ale ja bardziej myślałem o tym kiedy znowu będziemy przy naszej rodzinie. Troszkę się bałem, że jednak nie spotkamy ich w porcie.
Nie wiem ile trwał rejs, ale już zdążyliśmy zgłodnieć. W końcu naszym oczom ukazała się przecudna wyspa. Na prawdę była piękna. Wszędzie było widać piękne czerwone dachy, kolorowe kwiaty.... a jak tam pachniało, o jejku jejku. Aż na chwilę zapomniałem, że jesteśmy w tarapatach.
Niestety okazało się tak jak przypuszczałem. Na lądzie nie spotkaliśmy ani Kamilka z Uszatkiem, ani Marysi i Maksa, ani Pana Zdzisia i Roberty.
Ale za to poznaliśmy z Matyldzią podczas naszego rejsu pana Fabio i jego prześliczną żonę Luiginę. Opowiedzieliśmy im naszą przygodę i oni zaopiekowali się nami. Ale pozwólcie, że opowiem Wam o tym później, bo teraz muszę przypilnować Matyldę żeby ładnie zasnęła.