środa, 29 czerwca 2011

przygody Matyldy /cz. 24/


Ale mi głupio zasnąłem przy tak fajnej książce. Pocieszam się tym, że nawet najlepszym się to przytrafia. Jestem usprawiedliwiony, bo to był dzień męczący. Nie dość, że długa podróż, to jeszcze przelotki z chłopakami, o rozpakowywaniu bagaży już nawet nie wspominam. 
Matyldzia dała nam się wyspać, sama też musiała bo było tak jak mówiłem. Chłopcy nie dali jej pójść spać więc też była bardzo zmęczona.
Po śniadaniu zapakowała naszą trójkę do wózeczka i poszliśmy na spacer. Nieopodal naszego domu jest piękny, wielki park. Pojechaliśmy do tego parku. W bidonie Matyldzia miała mleko. Zapakowała też kocyk, kanapki, małą miseczkę i lusterko.
Rozłożyliśmy kocyk na małym pagórku, z którego był fajny widok na park. Widać było kępy krzewów, kwiaty, drzewa... wszystko jak na dłoni. Wszyscy położliśmy sie na kocu,na brzuchach, żeby wszystko bacznie obserwować. 
Mijało nas bardzo dużo Pań z wózkami. Obok nas kilka osób rozłożyło kocyki, kosze .. przyjechali na piknik. Miło tak. 
Matyldzia wyciągnęła książkę i zaczęła czytać. Ukradkiem napiłem się jeszcze mleka, słuchałem jak Matylda czyta i czekałem. Czekałem aż podlecą do nas jakieś wróżki. Jednak ja cały czas widziałem motyle, ważki, muszki.... żadna nie chciała przemienić się we wróżkę. To na bank wina mleka. Muszę powiedzieć Matyldzi, żeby porozmawiała z mamą. Trzeba koniecznie zmienić dostawcę mleka. 
Widziałem jak Miecio niecierpliwie się kręcił i rozglądał, tak samo jak ja. Henio co zobaczył   jakiegoś ptaszka lub owada krzyczał „ooo zobaczcie, wróżka, wróżka”.
Jak Matyldzia skończyła czytać zjedliśmy cały prowiant i zaczęliśmy zbierać się do domu. Najgorsze jest to, że byliśmy tak zafascynowani książką, że nie zauważyliśmy tej wielkiej chmury deszczowej. Szybciutko więc Matyldzia wrzuciła kocyk do wózeczka, nas ułożyła tak żebyśmy wszystko dokładnie widzieli, ale bezpiecznie, żebyśmy nie wypadli.
Biegła przed siebie ciągnąc za sobą wózeczek. I zaczął padać deszcz padać. Kazałem Matyldzi okryć się kocem, żeby cała nie zmokła i zeby było jej choć troszkę cieplej. Bo jak to przy deszczu bywa nagle zrobiło się strasznie zimno. 
Biegła i biegła, aż tu nagle jakiś okrutny kamień pojawił się na drodze. Matyldzia potknęła się, przewróciła... wózek też wpadł na ten kamyk, przekoziołkował, wszystko, łącznie z nami wysypało się z niego. Matylda wstała i jak zobaczyła co się stało, to wzięła i się rozpłakała. Nie wiedziałem o co jej chodzi, przecież nic nam się nie stało. Ale otrzepałem futerko, chociaż i tak to nic nie dało, odwróciłem się.... i się załamałem. Wyobraźcie sobie, że kółko od wózka odpadło. Do domu nie było wcale tak daleko, ale biedna mała dziewczynka nie da rady zabrać się z tymi wszystkimi klamotami.
Stanąłem, rozejrzałem się i znalazłem miejsce do schronienia. Kilka metrów od nas stała budka telefoniczna. Ukryliśmy sie tam do czasu aż nie przestanie padać. Na środku dróżki zostały nasze rzeczy, oprócz kółka, które leżało na trawniku. Matylda chlipała, że pewnie zostaniemy w tej budce na zawsze, bo oglądała prognozę pogody, w której mówili, że ma padać przez conajmniej tydzień non stop. Ale miało zacząć padać w nocy.
Całe szczęście byłem na tyle rozsądnym szczurkiem, że przed wyjściem z domu zostawiłem kartkę na kuchennym stole. Więc długo nie musieliśmy gnieździć się w tym ciasnym „pomieszczeniu”. Zobaczyłem znane sylwetki pod wielkim parasolem. To dziadek i babcia Matyldzi przeczytali kartkę i wyszli po nas. Nieśli ze sobą jej kaloszki i płaszczyk przeciwdeszczowy.
Wyskoczyłem na drogę i ich zawołałem. Szybko się zapakowaliśmy. Dziadek naprawił wózeczek i bezpiecznie udaliśmy się żwawym krokiem do domu.
Tam każdy z nas dostał po kubku ciepłej czekolady. Babcia robi najlepszą czekoladę na świecie. 
Czy ja Wam opowiadałem już jacy to są fantastyczni ludzie??  Chodzi mi o dziadków Matyldy. Nie??? To następnym razem Wam opowiem, a teraz wybaczcie idziemy z Matyldzią zażyć ciepłej kąpieli. 
Uważajcie na siebie Zuchy.

niedziela, 26 czerwca 2011

Co się stało Karolkowi?-Cz.I

Pewnego słonecznego dnia, mały Karolek po przyjściu ze szkoły i zjedzeniu obiadu, jak zwykle wyszedł na podwórko aby się pobawić razem ze swoimi przyjaciółmi na ulubionym placu zabaw. Prawie wszyscy już tam na niego czekali. Jednak z każdym kolejnym krokiem, kiedy Karolek przybliżał się do placu zabaw, miny jego kolegów stawały się coraz bardziej dziwne, a nawet były przerażone! Karolek z niepokojem podszedł do drabinek, na których siedzieli przyjaciele i przywitał się z nimi:

-Cześć, czy coś się stało? Macie takie strasznie straszne miny! jakbyście zobaczyli groźnego tygrysa albo grupę pająków, które złapały was w swoje sieci:)

Karolek w tym momencie zażartował sobie z kolegi Jasia, dla którego pająki były najstraszniejszymi stworzeniami, jakie po tym świecie chodzą. Jednym słowem Jasio bardzo ale to baardzo bał się pająków. Może dlatego sobie z niego zażartował, że mina Jasia była najbardziej przerażona i blada w tym momencie?

Po dłuższej chwili milczenia przyjaciele w końcu przemówili do Karola:

-No właśnie, co Tobie się stało? Masz całą zakrwawioną buzię! Czy ktoś cię napadł? pobił? a może przewróciłeś się na chodnik? -pytali przyjaciele.
-Wyglądasz strasznie! lepiej wracaj do domu i pokaż się swojej mamie, to nie wygląda dobrze. Jeśli źle się czujesz, to my odprowadzimy cię do domu- zaproponowali.

Karolek stał zdezorientowany na środku placu zabaw i nie wiedział co ma im odpowiedzieć. Przecież nikt go nie napadł, nikt go nie pobił i na pewno, tego dnia nigdzie się nie przewrócił! Skąd więc ta czerwona buzia? Pewnie żartują sobie ze mnie-pomyślał. Na szczęście Zosia miała ze sobą małe lustereczko.

-Masz przejrzyj się w lustrze, jak nam nie wierzysz-powiedziała Zosia i wręczyła Karolkowi swoje lustereczko. Karol zbliżył lusterko do twarzy i przestraszył się swego odbicia!

-Łaaaaaaaa- wrzasnął. Rzeczywiście moja buzia jest czerwona! Ale co mogło mi się stać? -Może to jakaś dziwna choroba, ja jestem chory!-krzyczał Karol.

-Szkoda czasu! Biegnijmy do twojej mamy, jest lekarzem i na pewno będzie wiedziała co ci dolega...... I tak też się stało.



Koniec części pierwszej

czwartek, 23 czerwca 2011

Dzień Ojca


Marysia mieszkała w wysokim wieżowcu na nowopowstającym osiedlu. Żyła tam sobie z rodzicami i bratem. Z okna miała piękny widok na pola i las, co musicie przyznać, rzadko zdaża się w mieście. W okresie wiosenno letnim przez cały tydzień czekała na sobotę. Bo to właśnie wtedy nie będzie musiał iść do pracy i  będzie zabierał Marysię na, jak to nazywali... ucieczki.
Zawsze wstawali skoro świt, pakowali plecak i wyruszali po przygodę. W plecaku były kanapki, coś do picia, harcerski nóż (Marysia należała do zuchów, a taki nóż jest bardzo przydatny dla przyszłych harcerzy), kompas, linki, sznurki i inne niezbędne rzeczy. 
Wychodzili z domu, podziemnym przejściem przechodzili na drugą stronę ulicy i przez łąkę szli w kierunku  lasu. Marysia po drodze zbierała różne polne kwiaty... czerwone maki, chabry, stokrotki, rumianki i złote kaczeńce.
W połowie drogi robili mały przystanek, nieopodal pięknie pachnącego krzewu jaśminu. Marysia bardzo lubiła zapach jaśminu. Tam z zebranych kwiatów i traw robiła wianek – dla mamy. Czasami zakładała go na swoją blond główkę i szła z nim w dalszą drogę, a czasami zostawiała pod krzewem i zabierała go ze sobą w drodze powrotnej.
Aby nabrać sił należało się posilić i napić. Wspólnie przygotowane kanapki smakowały wręcz wybornie, jak najlepsze rarytasy świata. Po posiłku udawali się w dalszą drogę. Aby wejść do lasu musieli przejść przez tory. Tata zawsze uczulał Marysię, żeby uważnie sprawdzała czy nie nadjeżdża pociąg. Jeśli jechał, stawali w bezpiecznej odległości od torów i Marysia machała podróżnym. Jeśli nic nie jechało przechodzili, nie przebiegali, tylko przechodzili przez tory i wchodzili do „zaczarowanego” lasu. 
Tata pokazywał jej różne gatunki drzew i krzewów, mówił jak się nazywają. Marysia bardzo dużo się uczyła na ucieczkach. Lubiła nasłuchiwać śpiewu ptaków i szukać tych małych śpiewaków wśród koron drzew. Miała szczęście, że mieszkała tak blisko lasu mieszanego, czyli takiego, w którym rosną i drzewa liściaste i iglaste. Dzięki temu mogła dowiedzieć się więcej. 
W końcu dochodzili do polanki, na środku której było specjalnie zrobione palenisko, otoczone kamieniami. Takie miejsce na rozpalenie ogniska. W lesie nie można palić ognisk, gdyż to grozi pożarem. Ale skoro ktoś przygotował takie palenisko, to znaczyło, że można je tam zorganizować. 
Ustawiali stożek ze znalezionych gałązek i rozpalali małe ognisko. Czasami piekli w ognisku jabłka, marchewki, kiełbaski albo ziemniaczki, ale to tylko w sytuacji gdy byli bardzo głodni. Zawsze mieli ze sobą butelkę z wodą, do zagaszenia ogniska. Wszystko ładnie sprzątali po sobie i wracali wdrogę powrotną. 
Tam zawsze czekała na nich mama. Mimo, że zasadą ucieczki było to, że nikt nie miał o nich wiedzieć, to mama zawsze wiedziała, że Marysia z Tatą właśnie na ucieczce. Tata mówił córce, że muszą zostawić mamie informację co się z nimi dzieje, żeby się nie denerwowała. I Marysia zawsze pisała na kartce „Jesteśmy na ucieczce”.
Ale i tak ucieczki były ich tajemnicą, a sobota była tylko ich dniem ... dniem taty i córki.

wtorek, 21 czerwca 2011

Światowy Dzień Deskorolki


„Deskorolka Tomka”

Tomek wciąż prosił mamę Mariolkę
 - Mamo, ja dostać chcę deskorolkę!
Zamęczał tatę  wieczorami
 - Tato, ja jeździć chcę z chłopakami!

Tłumaczył tata, mama prosiła:
 - Choć deskorolka rozrywka miła
To my się trochę obawiamy, 
Że to się skończy siniakami!

Wtedy z pomocą ruszył dziadek
 - Znam Ci ja sposób na taki przypadek!
I kupił kask i ochraniacze.
Niech już nasz Tomek jeździ i skacze!

Tomek się ubrał w ochronną zbroję.
 - Teraz to ja się siniaków nie boję!
Wziął swoją nową deskorolkę,
kupioną przez tatę i mamę Mariolkę.

I z chłopakami do parku się udał,
co na swych deskach wyczyniają cuda.
Uczył się jeździć przez dzień prawie cały,
a ochraniacze się bardzo przydały!

Od tej pory Tomek bardzo wesoły
na deskorolce jeździ do szkoły. 
Po szkole też na niej dużo trenuje,
bo do zawodów już się szykuje.

A  Wy lubicie jazdę na deskorolce? A może na rolkach czy rowerze? Pamiętacie o noszeniu kasku i ochraniaczy? 

rys. Olek /7 lat/

sobota, 18 czerwca 2011

Przygody polarnego misia


"Przygody polarnego misia"

Na wielkiej krze biały polarny niedźwiadek pływał
Czuł się na niej jak w wodzie ryba
Wybrał się na wycieczkę nie mówiąc  nikomu
I odpłynął troszeczkę za daleko od domu

Postanowił troszkę rybek złowić
Żeby tata nad kolacją nie musiał się głowić
Co chwila łapkę w wodę zanurzał
Każda wyciągnięta ryba była bardzo duża

Już miał na swej krze ryb ze czterdzieści
Nie wiedział, że tak dużo się na niej zmieści
Rodzice pewnie ucieszą się, że się stara
A jedzenia będzie co nie miara

Pomyślał, że czas do domu wracać
W domu czeka go jeszcze praca
Rybki trzeba przygotować
I rodzicom na talerzu podać

Wracać było trudniej niż wypływać na łowy
Ale że nasz polarny miś był zdrowy
Dziarsko wiosłował i do brzegu dobił
Zaraz się pochwali co dobrego dzisiaj zrobił

Zrzucił plony swej pracy na brzeg
Wnet zaniepokojony tata przybiegł
"Synku mój kochany, gdzie cały dzień byłeś
Nawet nie wiesz jak nas swą nieobecnością zmartwiłeś"

"Tato, tato wypłynąłem na rybie łowy,
Żebyś nie musiał sobie zawracać głowy
Przywiozłem kolację dla całej rodziny
Przy jedzeniu upłynął nam błogo godziny"

Niedźwiedzi tatuś głową pokiwał
Ucieszył się, że ma tak zaradnego syna
Jednak powiedział mu do słuchu
Że powinien informować o każdym takim ruchu

Żeby rodzice się nie martwili
I wszyscy w spokoju żyli
Następnym razem niedźwiadek
Poinformuje tatę o wyprawie


środa, 15 czerwca 2011

dzień wiatru



CO TO JEST WIATR?
JAK WYGLĄDA?

Na te dwa bardzo trudne pytania z okazji DNIA WIATRU odpowiedzieli mali specjaliści Bajecznej Fabryki. 

Maja [6 lat]
Wiatr to taki podmuch i jest niewidzialny.
Czasami wieje na ciepło, a czasami na zimno - wtedy buzia jest zimna.
Wiatr lubi się bawić w dmuchanie liści, a czasami lubi wiać w reklamówki.

Hania - Mama Majeczki
[mówiąc o Majce] uważam, że wiatr mieszka w jej włosach ;))))
Nigdy nie da sie jej uczesać porządnie.

 Olek [7 lat]
Wiatr powstaje wtedy, gdy na przykład machasz ręką. Tlen jest wtedy przesuwany i tak powstaje wiatr. Wiatr jest niewidzialny, ale można go poczuć.

Kamilka [8 lat]
wiatr to jest takie coś, które dmucha, czyli jest takim powietrzm, które może być zimne, ciepłe, i to jest przezroczyste, i jest bardzo mocne, i szybko dmucha, i wiatru jest najwiecej w zimę i w jesień.

Chłopiec [5 lat]
(co to jest wiatr?) wind

Adaś [4 lata]
Wiatr to coś co się tak kręci i kręci, to tornado które wciąga ludzi. A może teraz coś o Burzy. Burza może być z tornadem i może tez być z deszczem i może zniszczyć światła i będzie ciemno. O słońcu. Słońce musi być po to żeby dzieci mogły wyjść na dwór.

Tomaszek [5 lat]
wiatr to jest coś niebezpiecznego. Wiatr nie wygląda. Jest niewidzialny.

Jaś [5 lat]
to huragan, i wichura... jest zimny, i jest niewidzialny. Czasami jak jest ciepło to tez może być letki wiatr, a czasami mocny może być... Jakby nie było wiatru to byłby suchy ląd...

Tosia [6 lat]
wiatr przychodzi wtedy kiedy jest zimno... czasem jest duży, a czasem malutki. Jakby nie było wiatru to wszystkim byłoby latem gorąco. Zimą wszyscy muszą się ciepło ubrać bo jest bardzo niemiły i szczypie

Zosia [7 lat]

Anielka
Wiatr jest bardzo lekki, niewidzialny, tylko go czuć. Powiewy wiatru nie są bardzo zimne. Jest długą linią i leci cały czas. Jakby przybrał jakąś postać to by był martwym kwiatem - bo byy zmarzł kwiat od tego mroźnego wiatru. Czasami jest zimny a czasami ciepły. słychać go szumem i jest z nieba. Czasami liście lecą z nim. Czasami, jak jest bardzo, bardzo mocny wiatr to wyrywa drzewa, łamie kwiaty, zabija zwierzęta, jak leci na nie drzewo. I wtedy jest niedobry. I czasami zabiera różne rzeczy ten wiatr, jak są nieprzymocowane. Jest dużo różnych wiatrów. Niektóre zabierają latawce, piłki.

Mateusz [6 lat]
wiatr jest niewidzialny i jest wtedy kiedy ruszają się drzewa, i czujemy go wtedy jak jest bardzo zimno to jest wiatr.

Maja
Wiatr to jest takie szuuu, co goni, tylko nie ma nóg. Wygląda jak niebo i słońce, i chmury. I chce zerwać czapkę.

Piotruś [prawie 6 lat]
(Co to jest wiatr?) wiatr to jest coś co powoduje szybkie dmuchanie i szybko wtedy pada deszcz.
(Jak wygląda wiatr?) są to kółka które wirują.

Antoni [6 lat]
Wiatr to jest powietrze. Jak dmuchasz to jest wiatr. Jak jest wiatr to drzewa się ruszają. Trzeba nakładać czapkę a potem bluzę, bo jest zimno. I możesz się bawić. Na wietrze balony mogą się ruszać jak są urodziny na dworze.

Mateusz [8 lat]
Wiatr to jest mocne bardzo powietrze, które może zwalić nawet drzewo. Jak jest powietrze na górze to jets ciepłe a jak na dole to jest zimne. Na dole jest szybsze. Wiatr mówi szszszyyy....szyyyy... Wiatr może zrobić tornado.
Wiatr wygląda jak coś zamazanego, jakby niewidzialnego.

Marysia [1,5 roku]
Pffff... (wydmuchała powietrze z buzi)

Zosia [4 lata]
wiatr to szybkie powietrze, które ochładza roślinki. I przez wiatr drzewa tańczą. Wiatr nie wygląda, bo go nie widać.

Julka [prawie 7 lat]
Wiatr to jest takie powietrze. [a jak wygląda?] Nie wygląda!!! Jego się tylko czuje!!!


Victoria
Jak wieje wiatr to spadają liście z drzew, jakby ktoś siedział na drzewie i by było troszkę ułamane, a wiatr by wiał to by spadł na ziemię... wiatr wygląda jak powietrze; tak dmucha.


Dwie Siostry
Wiatr? Nie wygląda, bo go nie widać. - Młodsza Siostra.
Wiatr? Oczyszcza atmosferę i nawiewa piach na okna. - Starsza Siostra.

Pola [3,5 roku]
M: Pola, jak wygląda wiatr?
P: Jest niebieski i biały
M: i jaki jeszcze
P: mieszka w chmurach
M: Polciu, a co robi wiatr ?
P: Robi szuu i wichurę



"Wietrzny taniec"


poprosił wietrzyk liście do tańca
lecz te niechętne były
niby muzyka nie do walca
no i ten partner niemiły
pora na tańce też niestosowna
wszak dzień się dopiero kłania
lepiej gdy przyjdziesz wietrzyku młody
kiedy na drzewie sowa przysiada

ale wiaterek liści nie słuchał
do tańca  też już nie prosił
nabrał powietrze, mocniej podmuchał
i walca tańczą już liście
w prawo obroty i w lewo też
salta piruety, co tylko chcesz
może najmniej w tym walca było
lecz najważniejsze, że się tańczyło

a tańcowały liście tak pięknie
aż później żałowały
tego, że były zbyt kapryśne
gdy wietrzykowi odmawiały


rys. Olek /7 lat/


rys. Maja /6 lat/

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Święto Dobrych Rad


Przygody Twardego i Skorupki
Dwa kaski mieszkały sobie w jednym sklepie, ale na różnych półkach, więc nie miały okazji się poznać. Twardy nie raz słyszał jak, ktoś cichutko piszczy „weź mnie ze sobą, proszę... a będę oddany i nie zawiodę Cię w potrzebie”. Był bardzo ciekawy, kto to taki. Ale pewnego dnia przyszedł On i zabrał Twardego. Twardy został zapakowany do pudełka i zanim zamknęli wieko usłyszał cichutkie prawie płaczące „a jaaa?? ja też chcę stąd iść, chcę podróżować”.
Dwa dni później wrócił On, ten sam Pan, który zabrał tamten kask. Skorupka poruszył się na półce, bo obok tego Pana była jakaś Pani. Wyprężył się, ustawiał do światła żeby pięknie lśnić i już miał przywołać Ją do siebie... ale Ona podeszła sama, wzięła Go do ręki i powiedziała, że to właśnie on będzie podróżował z nią po świecie. Och jak się Skorupka ucieszył, a jak go założyła na głowę.... Było mu wygodnie. Z uśmiechem dał się zapakować do pudełka.
W domu Pani wyjęła go z pudełka i położyła obok Twardego, który był już tu od dwóch dni i brakowało mu towarzysza. 

 - Cześć jestem Twardy, a Ty jak masz na imię?? - powitał nowego towarzysza Twardy - Powiedz mi czy to Ty tak sobie piskałeś na dolnej półce w sklepie??
- Cześć, ja jestem Skorupka, miło mi Cię poznać – odpowiedział dodając - tak to ja piskałem. Już nie mogłem patrzeć na to jak inne kaski wychodzą, a ja zostaję. Ale doczekałem się. Powiedz mi, jeździłeś już??
 - Ahaaa, jeździłem. Mówię Ci jaka to frajda – odpowiedział Twardy.
 - Ciekawe kiedy mnie zabiorą na przejażdżkę?? - dało się wyczuć nutkę zazdrości w głosie Skorupki.
Muszę tu powiedzieć, że te kaski były niezwykłe, żądne przygód, a przy okazji miały swoją misję zawsze i wszędzie chronić tych, którzy je wybiorą. 
Skorupka nie musiał długo czekać na spełnienie swojego marzenia. Zanim skończył rozmawiać z nowym kolegą zauważył dziwne poruszenie. Najpierw do pokoju wszedł On w fachowym ubraniu motocyklowym, za chwilę weszła Ona ubrana podobnie do Niego. Chwycili swoje kaski i zbiegli na dół po schodach. W garażu była ONA – Państwo mówili o niej Jadzia. Jadzia była piękna, czarna i  lśniąca.
Twardy i Skorupka wygodnie usadowiły się na głowach i wybrały się na przejażdżkę po stolicy (bo właśnie tam mieszkali ich Państwo). Przejeżdżali (kaski i ich właściciele) przez jeden most, przez drugi, byli po prawej i po lewej stronie Wisły. Mijali Starówkę i Pałac Kultury, Dworzec Centralny i wiele wiele innych ciekawych obiektów. A jaki ubaw miały, gdy zobaczyły na jednym z rond wielką palmę... 
 

Po skończonej wyprawie Państwo zabrali ich do domu, przemyli im buzie i ułożyli w ciepłe śpiworki. Wieczorem żaden z nich nie mógł zasnąć. 
 - Och, jak cudownie – rzekł Skorupka do Twardego – jakie to wspaniałe uczucie jak wiatr smaga mnie po mej krągłej główce.
 - Wiem co czujesz Skorupko – odpowiedział Twardy 
 - Od dawna czekałem na tą chwilę. Wiedziałem, że taka podróż musi być ekscytująca i przyjemna. Nie wiem czy zasnę, tak jestem podekscytowany.
 - Ja też nie wiem Skorupko, ale pozwól, że jeszcze dam Ci dobrą radę - powiedział bardziej doświadczony Twardy - pamiętaj! przede wszystkim bezpieczeństwo na drodze. Nie szarżujcie i przypominaj swojej Pani, żeby nigdy nie zapominała zabrać Cię ze sobą i żeby zawsze odpowiednio ubierała się na motocyklowe przejażdżki. Jak jesteś razem z nią to nic nie może się jej stać.
- Zrobię jak mówisz, kolego.
Nagle nastała cisza, a po chwili ze śpiworków dobiegło cichutkie chrapanie. Tak ekscytujące wydarzenie sprawiło, że nasi bohaterowie smacznie przespali całą noc. Obudzili się dopiero następnego ranka i już nie mogli doczekać się następnej podróży.

środa, 8 czerwca 2011

przygody Matyldy /cz. 23/


Ale powitanie zgotowali nam chłopcy, czyli Mietek i Henio. Było konfetti i tańce, i śpiewy. Wyściskaliśmy się, wycałowali. Bardzo się za nimi stęskniłem, bardzo. 
Jak zobaczyli mojego dwupłata to zrobili oczy wielkie jak pięć złotych. Najpierw wziąłem na ... no właśnie jak to powiedzieć. Na przejażdżkę nie, bo przejażdżka to może być motocyklowa, samochodowa, rowerowa. A samolotem to co to jest?? Przelotka??
Dajmy na to, że jest to przelotka. Więc najpierw wziąłem na przelotkę Mietka. Ale był zadwolony. Lataliśmy dobre pół godziny. Wcale nie chciał wysiadać. Musiałem mu wytłumaczyć, że jeszcze Henia musze wziąć na przelotkę. A nie ukrywam, że po podróży byłem bardzo zmęczony. 
Henio troszkę się bał, bo ma lekki lęk wysokości. Ale zamknął oczy jak startowaliśmy, później jak się już oswoił to leciał z otwartymi oczami. Bardzo mu się podobało. 
Chłopaki mówili, że też sobie skombinują takie dwupłaty, albo inne obiekty latające
i będziemy sobie latać. 
Fajnie, że są takie małe samolociki dla takich małych stworzonek jak my. Dzięki temu bez względu na pogodę możemy sobie latać po całym mieszkaniu.
Po przelotce musiałem wszystko opowiedzieć, z najmniejszymi szczegółami.
Co przeżyliśmy, co jedliśmy. Łasuch Henio wypytywał o takie szczegóły kulinarne, że aż brakowało mi odpowiedzi. On ma bardzo dużą wiedzę kulinarną.
Miecia natomiast bardzo interesowały muzea jakie oglądaliśmy. Miecio bardzo interesuje się historią. Nawet nie wiem czy Wam o tym mówiłem.
Zanim się obejrzałem był już wieczór, a ja padałem na pyszczek, a jeszcze obiecałem chłopakom, że namówię Matyldzię, żeby poczytała nam „Baśniobór” Brandona Mulla.
Jak tylko będziecie mieli możliwość to kupcie sobie, albo poproście rodziców, żeby Wam tą książkę kupili. Marysia czytała nam w podróży no i opowiadałem im troszkę o tej książce. Mógłbym jej słuchać i czytać non stop. Ciekawe czy ukażą się jeszcze jakieś części. Bardzo chciałbym przeżyć takie przygody jak Seth i Kendra. Na mój Spysiowy ogonek, czuję, że Mietek i Henio nie pozwolą Matyldzi zbyt wcześnie skończyć. 
Oooo już Matylda nas woła do siebie. Zasiadła w fotelu, wzięła sobie Henia i Miecia posadziła po swojej prawej stroni a mnie wzięła pod pachę i mogłem czytać razem z nią. Pierwszy raz widziałem ilustracje do tej książki. 
Jestem taki zmęczooooonyyy.......

niedziela, 5 czerwca 2011

Płaszczyk Biedronki



Spotkała żaba wczesną porą
Małą biedronkę całą czerwoną
Miała na sobie płaszczyk czerwony
W czarne drobniutkie groszki zdobiony
Żaba uważnie ją obejrzała
I z zapytaniem takim ozwała:
Ach jak dziś Pani dostojnie wygląda
Cóż za ubranie! Cóż za garsonka!
Mów Droga, gdzie szukać takiego
Krawca modnego I tak zdolnego?
Biedronka ukradkiem zachichotała
I rzekła żabie: "Kumo kochana!
To nie garsonka, ni płaszczyk czerwony
To mój pancerzyk tak przystrojony
Taką natura mnie już stworzyła
Krawca zasługi żadnej tu nie ma
Ale dziękuję za twoje słowa
To miło słyszeć, że sie podobam
Wyznam też szczerze, że twoje ubranie
Skroiła natura wprost nienagannnie
Lecz pięknie wyglądać każdy może
Kto w swojej skórze czuje się dobrze"
Żaba ze wstydu rumieńców nabrała
Chciała coś rzec, nic nie powiedziała
Wskoczyła tylko do zimnej wody
Bo ją rumieńce paliły jak ogień


Czy wiesz, że:
w Polsce jest około 80 gatunków biedronek, zaś na świecie około 5.200 gatunków 

długość ciała biedronki waha się od 4 do 10 mm

kolor biedronkowych skrzydeł zazwyczaj jest czerwony, pomarańczowy, żółty lub czarny w kropki odmiennego koloru

w Polsce najczęściej możesz spotkać biedronkę siedmiokropkę, zwaną inaczej "bożą krówką"

Pełen kropek owad pojawia się mitologii Słowian - Biedronka, Boża Krówka, Boża Owieczka, Słonyszko, Bedrik. W różnych krajach Słowian to nazwy tego samego owada, który jest ucieleśnieniem młodego, świeżego Światła – pierwszego, jarzącego Światła Bodrego. Jego narodziny rozpoczynają okres wydłużania się dnia, czas upadku Ciemności. Biedronka to zwiastun czegoś dobrego. Być  może dlatego od wieków wierzy się, że zabicie biedronki sprowadza nieszczęście.




Podczas deszczowych dni możecie zrobić z Mamą lub Tatą swoją biedronkę z papieru. Taką biedronkę możecie wykorzystać jako laurkę, zaproszenie lub ozdobę.

Do wykonania jednej papierowej biedronki będą Ci potrzebne:
zieloną kartkę z bloku technicznego
2 czerwone kółka o średnicy 10 cm
7 czarnych kółek o średnicy 2 cm
1 czarne kółko o średnicy 5 cm
mazak [biały] np. do pisania po stali
klej
nożyczki

Pomysł został zaczerpnięty z tej STRONY - tam znajdziecie wszystkie niezbędne wskazówki.


środa, 1 czerwca 2011

Międzynarodowy Dzień Dziecka


Dzień Dziecka to taki wyjątkowy dzień. Można by powiedzieć, że jeden jedyny takie w roku. Każde dziecko czeka na niego z niecierpliwością, zaraz po dniu swoich urodzin i wakacjach. Tyle tylko, że dla rodzica, każdy dzień w roku jest takim Dniem Dziecka. Dniem, w którym uśmiech dziecka jest niemalże najważniejszą rzeczą w ciągu całego dnia. Jak na Dzień Dziecka patrzy zatem bohater tego dnia?


Dzień Dziecka widziany oczami dziecka

Gdy tylko kalendarz na nowy rok zagościł u nas w domu zostały zaznaczone najważniejsze daty. Na samym początku urodziny członków rodziny, potem Dzień Ojca, Matki, Babci, Dziadka i oczywiście… Dzień Dziecka. Tak, bardzo łatwo domyśleć się, kto zaznaczył właśnie ten dzień. Oczywiście nikt inny jak ja, jako przedstawiciel dzieci w naszym domu. Tak, tak zostały również zaznaczone wakacje, czyli dzień zakończenia roku szkolnego jak i 1 września, jako rozpoczęcie kolejnego. Święta Bożego Narodzenia oraz Wielkanoc jak zwykle zostały odgórnie zaznaczone w kalendarzu na wyjątkowy kolor czerwony, podobnie jak wszystkie niedziele – by nikt o nich nie zapomniał. Przyznam się, że ja bardzo lubię oczekiwać dnia, które już z nazwy mówi: to Twój wyjątkowy dzień – Dzień Dziecka!
Mijały kolejne miesiące, była zima, potem zaczęło się robić powoli coraz cieplej, aż w końcu słońce niemal na co dzień zagościło na niebie. Wtedy już wiedziałem, że ten dzień zbliża się niepostrzeżenie. Już tylko tygodnie dzieliły mnie od tak długo wyczekiwanego dnia, aż tu nagle kalendarz pokazał: 31 maj. Nie mogłem w to uwierzyć. Tak długo czekałem, zastanawiałem się, co też wyjątkowego się wydarzy, czy może rodzice i w tym roku wymyślą coś ciekawego? Czy gdzieś pojedziemy? Może zostaniemy w domu i razem spędzimy ten dzień? Nie miałem pojęcia, a to już dnia następnego… Byłem bardzo podekscytowany, ale postanowiłem nie psuć sobie zabawy i elementu zaskoczenia. Po kolacji wcale nie zabrałem się za wypytywanie rodziców, ani za poszukiwanie ewentualnych prezentów, wykąpałem się, chwilę się pobawiłem, a następnie – położyłem się spać.
Rano kalendarz pokazywał już datę: 1 czerwca!!! Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast śniadania w kuchni, tradycyjnego przed wyjściem do szkoły, czekały naleśniki z bitą śmietaną, owocami i kolorowymi polewami, a rodzice powiedzieli, że zabierają mnie na wycieczkę. Przy drzwiach czekały na nas plecaki zapakowane po brzegi. Z radości nie śmiałem nawet zapytać gdzie się wybieramy. Wsiedliśmy do samochodu i zaczęła się nasza wyjątkowa przygoda! Słońce towarzyszyło nam od samego rana. Byliśmy w wesołym miasteczku, jeździliśmy na karuzelach, strzelaliśmy do balonów i puszek, jeździliśmy nawet kolorowymi samochodzikami. Potem wspinaliśmy się po górkach, dążenie do zamierzonego celu było ciężkie ale jakoś nam się udało. U szczytu była polanka, na której zjedliśmy „mini obiadek”, a byliśmy bardzo głodni i spragnieni. Widoki były przepiękne, naokoło wszędzie zielono i słonecznie, a nad nami piękne błękitne niebo. Jak się okazało, to nie był jeszcze koniec naszych przygód. Czekała nas jeszcze wyprawa do kina, a wieczorkiem zabawy w domku. Byłem tak zmęczony, że o mało nie przegapiłem ostatniej atrakcji jaką przygotowali dla mnie rodzice. Gdy wróciłem z kąpieli, na łóżku czekała na mnie nie za duża, ale i nie za mała paczuszka. Powiedziałbym, że była dokładnie w sam raz, zapakowana w jednokolorowy, zielonkawy papier, przewiązana kokardką. Gdy ją rozpakowywałem, potrząsając w każdą stronę, by dowiedzieć się co tam jest, moim oczom ukazało się jedno uszko, potem oczko, łapka, aż w końcu pojawił się przede mną miś. Był to najprawdziwszy niedźwiadek, taki jakie widuje się tylko w telewizji! Był po prostu wyjątkowy, tak jak i cały dzień. Nie wiem jak rodzicom udało się to wszystko zorganizować, ale właśnie dlatego lubię Dzień Dziecka, a tak naprawdę, to każdy dzień jest takim moim, wyjątkowym Dniem Dziecka z wyjątkowymi Rodzicami!!!