środa, 24 sierpnia 2011

przygody Matyldy /cz. 28/


A teraz przenieśmy się nad morze. Opowiem Wam dzisiaj o rodzicach Maksa. 
Mieszkają w Gdańsku. Mają dom rzut beretem od plaży. Lubię do nich jeździć, bo uwielbiam szum morza. A u nich doskonale go słychać. Słychać rozbijające się o brzeg fale. Ehhhh.... 
Babcia – czyli Milena – pochodzi z Wrocławia, Dziadek – Igor – z Warszawy. Poznali się na studiach w Gdańsku i tak tu się osiedlili. Są do siebie bardzo podobni. Jak ich poznałem to miałem wrażenie, że są rodzeństwem. Obydwoje mają ciemne włosy i niebieskie oczy, są szczupli. Chociaż dziadek ostatnio wygląda jakby połknął piłkę. Babcia śmieje się z niego i mówi o nim pajączek. A wiecie dlaczego?? Bo ma spory brzuszek i chude rączki i nóżki :) Jak to pierwszy raz usłyszałem to uśmiałem się do łez. 
Często zdarza im się w tym samym momencie zacząć mówić to samo i ma się wrażenie, że czytają sobie  w myślach. To jest niesamowite. Są bardzo weseli. Cały czas sobie żartują. Ja czasami nie wiem czy mówią serio, czy to tylko żarty. Może jakbym miał ich na codzień to bardziej bym się ich nauczył. Szkoda, że są tak daleko. 
Zawsze jak do nich jeździmy to zabierają nas na wycieczki. Zwiedzamy nie tylko Gdańsk. Zabierają nas na wycieczki po różnych zakątkach. Pokazują nam ciekawe zabytkie, ale też spacerujemy sobie po lasach, puszczach, parkach, skwerkach.... 
A wiecie, że dziadek Igor pozbawił Matyldę pierwszych zębów? To było w tamtym roku. Jak wyjeżdżaliśmy to Matyldzie zaczęła się ruszać prawa górna jedynka. Dwa dni po naszym przyjeździe zaczęła jej się ruszać lewa górna jedynka. No i biedna Matyldzia miała problemy z jedzeniem, co chciała ugryźć przepyszną kanapkę to zęby się na nią kładły. Matylda bała się rwania zęba i powiedziała, że poczeka aż same jej wypadną. Że może uschnąć z głodu, ale nie da dotknąć zęba. No i dziadek wziął ją na sposób. Na ucho wyszeptał jej jakąś historię. Ona pokiwała głową na zgodę. Dziadek wziął dłuuuugą nitkę, którą przywiązał do jej ząbków, drugi koniec zaś przywiązał do klamki. Zanim wyszedł z pokoju powiedział Matyldzi, że jutro rano ząbki będą wisiały na klamce i nawet nie poczuje kiedy tam się znajdą. Wychodząc delikatnie zamykał drzwi, a jak nitka się naprężyła to ząbki wyskoczyły i tak sobie wisiały na tej klamce. Wyobraźcie sobie, że Matylda nawet nie poczuła tego, że ząbki zostały wyrwane jak Dziadek zamykał drzwi. Jak się obudziła rano to była święcie przekonana, że w jakiś cudowny sposób znalazły się przy drzwiach ;) 
Śmiesznie później wyglądała. Dziadkowie przez cały czas, dokąd nie wyrosły jej w to miejsce nowe ząbki, śmiali się z jej szczerby. Ale robili to w taki sposób, że ona śmiała się z nimi, wcale się nie obrażała. Uwierzcie mi, jak się śmiała to wyglądała przekomicznie. 
Jeszcze trzy dni i pojedziemy do Gdańska na wczasy. Ale będzie fajnie. Ciekaw jestem jakie atrakcje nam przygotują i jak zareagują na naszego Fiflaka.
Pewnie będzie dużo przygód i będę mógł Wam dużo ciekawych rzeczy opowiedzieć.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Zróbmy to razem-zielnik!

Biegała Anielka po polnej polanie
Zrywała kwiatki by dać swej mamie

Lecz na polanie kwiatów tyle było
że się Anielce w rączki nie mieściło

Otworzyła książkę, którą z sobą miała
I tam między kartki kwiatki powkładała

Z trudem ją domknęła taka gruba była
Wróciła do domu  książkę odłożyła

Zajęta zabawą całkiem zapomniała
O książce i kwiatach, które w niej schowała

Kwiatki przeleżały między stronicami
Do późnej jesieni może nawet dalej...

Więc jakież zdziwienie ogarnęło Anielkę
Gdy znowu sięgnęła po zapomnianą księgę

Odkryła  w środku jakieś suche kwiatki
Z których już dawno  obsypały się płatki

Nie martw się Anielko- powiedziała mama
Zrobimy razem zielnik z tego co zebrałaś



Nie wiemy, jaki zielnik zrobiła mała Anielka ze swoją mamą ale na pewno spodobała jej się ta zabawa do której też chcemy was dzisiaj zaprosić:) A lato sprzyja i oferuje nam mnóstwo pięknych i kolorowych kwiatów.
Tradycyjny zielnik, to zbiór zasuszonych bądź przedrukowanych roślin w formie dużego zeszytu. Nasz zielnik będzie nieco uproszczony bo na jednej karcie przykleimy kilka różnych kwiatów, by powstał z nich obrazek na ścianę.

Do wykonania zielnika potrzebujemy:

-zasuszone kwiaty
-karton brystolu
-taśma bezbarwną
-tasiemka
-nożyczki

Zebrane na łące kwiaty suszymy poprzez włożenie kwiatów do zeszytu- na jednej kartce jeden kwiat. Wypełniony kwiatami zeszyt zamykamy i najlepiej obciążyć go kilkoma grubymi książkami tak, by docisnąć mocniej kwiaty. Zanim kwiaty nam się zasuszą musi minąć trochę czasu, jeśli zapomnimy o nich, jak Anielka, to nawet i do jesieni:) Na sztywnym kartonie układamy kwiaty. Za pomocą taśmy przyklejamy do kartonu.

Bardzo ważnym elementem przy wykonywaniu zielnika jest prawidłowe podpisanie roślin, które w nim się znajdują dlatego dobrze, gdy wiemy co zbieramy:) A jeśli nie jesteśmy pewni, to lepiej nie podpisywać lub poprosić o pomoc kogoś, kto się na tym zna:)


P.S. 
Chętnie zobaczymy Wasze zielniki! 
Zatem
Zbierajmy kwiaty do wakacyjnego zielnika
Póki lato z nami:)

czwartek, 18 sierpnia 2011

Mysi żeglarze

Mysi żeglarze

Za siedmioma górami, za zielonym lasem, po drugiej stronie rzeki mieszkała rodzina szarych myszek. Mysie dzieci od rana do nocy pod czujnym okiem Mysiej Mamy biegały po polach pełnych żyta i pszenicy. Wieczorami piły mleko ze srebrnych naparstków i liczyły gwiazdy na niebie.  
Pewnego słonecznego dnia Tuptuś i Iskierka, najstarsze myszki z całej mysiej gromadki, znaleźli łupkę od orzecha włoskiego. Godzinami bujali się w orzechowej skorupce, śmiejąc się do bólu brzucha. Po dniu pełnym wrażeń, wieczorem snuli plany na kolejny dzień pełen zabaw. 
Tuptuś nie spał od świtu. Wiercił się i zerkał ukradkiem w stronę Iskierki, która ciągle spała. Dopiero delikatne posmyranie mysiej siostry ogonkiem przyniosło oczekiwany rezultat. Nie minęła chwila, a już oboje siedzieli za wielkim kamieniem i szeptali ukradkiem. Mysie rodzeństwo przyglądało im się uważnie, nawet wtedy gdy rozdzielili się oraz gdy chwilę później Tuptuś wrócił z kijkiem oraz drewnianym patykiem do lodów, a Iskierka z kawałkiem kwiecistego materiału. Tuptuś i Iskierka pokręcili się, a następnie udali do swojej orzechowej łupinki, którą ukryli pod stertą suchych liści. Przez cały dzień w orzechowej łódce montowali maszt i żagiel, by późnym popołudniem rozpocząć swoją żeglarską przygodę. Woda szumiała, ryby przyglądały im się badawczo, a drzewa znajdujące się na brzegu z chwili na chwilę wydawały się coraz mniejsze. Czas płynął szybko, tak szybko jak ich orzechowa łódeczka. Moczyli swoje różowe ogonki i liczyli mijające ich ryby. Słońce zaczęło zachodzić, by chwilę później nastała czarna noc. Iskierka płakała ze strachu. Tuptuś machał ze wszystkich sił drewnianym patyczkiem do lodów. Nie wiedzieli gdzie płyną, nie widzieli brzegu. Słyszeli jedynie szum wody, mieszający się z rozpaczliwym wołaniem Mysich Rodziców. Nagle zrobiło się jaśniej. Tuptuś zauważył światło. Zaczął jeszcze szybciej wiosłować lodowym patyczkiem. Płynęli w kierunku brzegu, w kierunku ogniska, które rozpalił Mysi Tata i prosto w ramiona zmartwionych Mysich Rodziców. 


Rozpalone przez Mysiego Tatę ognisko uratowało myszki przed niebezpieczeństwem i wskazało cel, do którego Myszki musiały dopłynąć. Identyczną rolę od wieków pełnią latarnie morskie. Ogień (światło) są dla marynarzy i rybaków zwiastunem zbliżającego się lądu.

(zdjęcie pochodzi z blogu BABYLANDIA)

Moc wskazówek do wykonania własnej latarni morskiej znajdziesz na ścianach blogu BABYLANDIA -  TUTAJ (klik klik).

sobota, 13 sierpnia 2011

Przygody Twardego i Skorupki cz.2


Już kolejny tydzień padał deszcz. Wszyscy chodzili zdenerwowani. Sami powiedzcie, jak tu mieć dobry nastrój kiedy ciągle pada i pada. 
„To nie jest fajny sezon” - pomyślał Twardy.
Skorupka był ciągle smutny i marudny, zaś jego kompan był „elektryczny”. Nie można było się do niego słowem odezwać, bo wybuchała z tego wielka awantura. Myśleli, że nigdy to się nie skończy, że całe wakacje przesiedzą w swoich śpiworkach. Kładąc się spać w sobotni wieczór burknęli do siebie tylko „dobranoc” i poszli spać. Każdy z nich zastanawiał się, co będą robić w kolejny deszczowy dzień. Tak na prawdę, ostatnie tygodnie upływały im na marzeniach o podróżach i nie mogli się doczekać, kiedy się spełnią
Skorupka obudził się wcześniej i nie uwierzył własnym oczom. Za oknem świeciło piękne słońce. Niewiele myśląc zaczął budzić Twardego. 
Twardy... wstawaj wstawaj, zobacz co się dzieje za oknem. Dzisiaj na pewno pojeździmy, zobaczysz.
Możliwe – odpowiedział znudzony Twardy – zobacz na te chmury za lasem, nie wróżą nic dobrego. Mówię Ci, zaraz spadnie deszcz i znowu cały dzień będziemy siedzieć w domu.
Oj, Twaaaardyyyy, przestań zrzędzić. Trzeba się cieszyć i być dobrej myśli.
Twardy przeprosił Skorupkę, przyznał mu rację i zaczęli się licytować gdzie pojadą. Uznali za pewnik, że wyjadą, bo przecież ich właściciele też już nie mogli się doczekać przejażdżki. No i w końcu stało się... Państwo wzięli ich na wypad do parku. Było tak ciepło i tak fajnie.
Twardy został z Jadzią i jej pilnował schowany w kufrze, natomiast Skorupka poszedł z Panią. Siedli na ławce. Pani czytała książkę, a on położył się na zielonej trawce i wygrzewał się na słoneczku. Pan Twardego jeździł na rolkach. 

Skorupka był szczęśliwy, ładował swe akumulatory, bo słyszał jak Państwo rozmawiali, że znowu ma być brzydka pogoda i muszą korzystać ile się da z tego słoneczka. Ale.... niestety zawsze musi być jakieś „ale”, radość Skorupki i Państwa była krótka. Pan zdążył zrobić jedno okrążenie, Pani nie przeczytała nawet jednego rozdziału książki, jak zaczęło grzmieć. 
Skorupka spojrzał w górę i się przeraził. Czarne chmurzyska nacierały bezczelnie na słońce. Myślał, że zaraz się popłacze. No i trzeba było szybko się zwijać, pakować, żeby zdążyć przed deszczem. Zanim doszli do motocykla zaczęło kropić, wskoczyli na motocykl i odjechali. 
Twardy pokazał Skorupce ciężkie ołowiane chmury przed nimi. Skorupka odwrócił się, a za sobą miał przepiękne słońce, pokazał to Twardemu. 
czy nie możemy pojechać w stronę słońca?? Na prawdę musimy jechać w samo serce burzy??
Nim skończył mówić, popłynęła na nich ściana deszczu. Czuli się jakby ktoś wylewał na nich kubły wody. Jechali tak w strugach deszczu, zmoknięci i niezbyt szczęśliwi. Tak długo czekali na ten dzień i deszcz pokrzyżował im plany. Jak byli już jakieś 5 minut od domu przestało padać i znów wyszło słonko. Myśleli, że pojadą dalej i będą korzystać ze słońca. Ale nie, Pan skręcił do domu, zostawili Jadzię w garażu i poszli do mieszkania. 
Skorupka zaczął marudzić, że jak to, dlaczego..... aż tu nagle zrobiło się czarno i zaczął padać taki deszcz jakiego jeszcze w swoim krótkim życiu nie widział. I dziękował, że wrócili do domu. 
Teraz pozostaje mu czekać na następną wyprawę. Czas oczekiwania umilą mu wspomnienia o deszczowej wycieczce. Oczywiście opowie Twardemu ze szczegółami wszystko co widział tego dnia. 

środa, 10 sierpnia 2011

przygody Matyldy /cz. 27/


Cześć Dzieciaki. Co tam u Was słychać?? 
U mnie sporo zmian, ale w sumie nie jest tak źle. Myślałem, że będzie gorzej. Jak pamiętacie opowiadałem Wam jak to Matylda była u swojej koleżanki, rudej Anki. Były też Gosia, Zosia, Hania i Iza. Każda z nich przyszła do Ani bez swoich ulubieńców. Taki warunek postawiła mała gospodyni Ania. 
Ponoć były pyszne przekąski i obiad, i kolacja (tego mogła mi oszczędzić, przecież wie jakim jestem łasuchem, ale ja nie będę się nad Wami znęcał i ominę żywieniowe szczegóły). Dziewczynki grały w różne gry, przebierały się, malowały, robiły sobie nowe fryzury. Taki typowo dziewczęcy wieczór. 
Podejrzewam, że jakbym tam był to troszkę by mnie to nudziło, ale jakby dziewczynki przyszły ze swoimi ulubieńcami to dałby radę. Gosia zawsze przynosiła na ich dziewczęce spotkania Hektora – pluszowego białego królika, Zosia – Stefana, czyli jednorękiego misia, Hania – lalkę Zuzię, Iza – lwa Teofila, a Ania – dwa razy większego ode mnie klauna – Dyzia. Fajne towrzystwo, bardzo ich lubię. Z nimi zawsze jest wesoło. 
Ale znów odbiegam od tematu. No więc dziewczynki się bawiły, chichotały, ganiały, gdy pojawił się tatuś Ani i powiedział, że czas na niespodziankę, którą mają dla nich. Ponoć Ania aż piszczała z radości. Dziewczynki (oczywiście wszystkie oprócz Ani ) były bardzo zaskoczone, tym że jest dla nich jakaś niespodzianka. Wzięły się wszystkie za ręce i poszły za tatą Ani schodkami w dół do piwnicy. Troszkę się bały, ale że były w grupie i był z nimi dorosły to było mniej straszno. Matylda wtedy żałowała, że nie ma mnie przy sobie. Bo wtedy nie bałaby się wcale a wcale (tutaj byłem z siebie duny, bo wiedziałem, że dobrze wywiązuję się z mej roli opiekuna). 
I jak zeszli już do tej piwnicy to tata kazał im szukać tej niespodzianki. Nie zdradził szczegółów. Powiedział tylko tyle: „Jak znajdziecie, to będziecie wiedziały, że to jest to.”
No więc zaczęły szukać, w szafkach, kufrach i innych meblach. Tata i Ania stali z boku i się przyglądali tym poszukiwaniom z uśmiechem na twarzach. 
Teraz najważniejsza część opowieści. Niespodziankę znalazł nie kto inny jak ..... taaaadaaaaaam nasza Matyldzia :) Ależ jestem z niej dumny, na prawdę baaaardzo. Chociaż jak dla mnie to niekoniecznie musiała przynosić tę niespodziankę do domu. No ale co ja mogę na to poradzić. Nic. Ale nie martwcie się, jak pisałem wcześniej aż tak źle nie jest. Niespodzianka jest sympatyczna i da się z nią wytrzymać.
Już nie trzymam Was dłużej w napięciu. Tą niespodzianką było wielkie pudło, a w nim kotka Fruzia i jej siedem kociaków. Dziewczynki skakały z radości i bawiły sie z malcami bardzo długo. Domyślacie się pewnie, że to nie koniec niespodzianki. Ale zapomniałem Wam powiedzieć, że tata Ani kazał dziewczynkom dobrze wybrać sobie kociaka do zabaw. Poważnie się zastanowić..... Aha aha, już wiecie. Ten wybraniec (za wcześniejszą zgodą rodziców, o czym one nie wiedziały) powędrował z nimi do domu.
I tak do nas trafiła mała rudo biała kulka, która nie wiedzieć dlaczego upatrzyła sobie mój ogonek do zabawy. Czasami jest to bolesne. Te małe szpileczkowate ząbki i pazurki. Auć.
Ta kulka nazywa się Fiflak i coś czuję, że często będzie się pojawiała w moich opowiadaniach. Lubię go, mimo tego, że mnie podgryza i drapie. Jest jeszcze mały i na pewno z tego wyrośnie. A jakie śmieszne pytania zadaje. Hihi. 
Teraz moi Kochani uciekam, bo ciężko mi się pisze jak mi Fiflak tutaj skacze, biega, gryzie. 
Do następnego.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Bajka o Ślimaku

rys. Kinga z Przedszkola Publicznego w Rogowie /6 lat/

Wakacje. Czas wolny od pracy i nauki.
Czas wyjazdów, odwiedzin, odpoczynku.
Błogie nicnierobienie?
No jak to, przecież jesteśmy w podróży!
A podróż może być fantastyczna! Obiecująca! i.... uciążliwa!
Zwłaszcza, gdy razem z nami podróżuje cały dom:)
Ale nie dla wszystkich jest to utrapieniem.
Niemożliwe?
Posłuchajcie...

Pewien ślimaczek, całkiem nieduży
wciąż marzył skrycie o wielkiej podróży.
Lecz jak wiadomo ślimaczki małe
nie chodzą szybko, nie jeżdżą wcale.
 
I nie latają raczej samolotem,
ale ten ślimak miał na to ochotę.
Myślał i myślał, aż wpadł na pomysł,
że zwiedzi świata wszystkie cztery strony.
 
Wymyślił, że domek swój opuścić może
i powędruje  sobie nad morze.
Lecz domku zrzucić nie mógł ślimaczek.
Usiadł pod liściem i głośno płacze.
 
 - Czemu ty płaczesz ślimaczku mały?
Inne zwierzątka tak go pytały.
 - Chciałem wyjść z domu, ale nie mogę.
Miałem już dzisiaj wyruszyć w drogę.

 - To żaden problem -  rzekł żuczek na to.
W świat możesz ruszyć i z własną chatą.
Dom swój na grzbiecie zabierz przyjacielu
Nie będziesz musiał szukać  hotelu.

Gdy poczujesz zmęczenie lub gdy słonko praży
Schowasz się w swym domku gdy tylko zamarzysz.
 - To świetna rada – podziękował ślimaczek.
I choć przed chwilą był smutny to już wcale nie płacze.
 
Szykuje się bowiem nasz ślimaczek nieduży
do swojej wielkiej wymarzonej podróży.
Może go spotkacie gdy nad morzem będziecie,
bo z swym domkiem na grzbiecie wędruje po świecie.
 
rys. Olek /7 lat/

czwartek, 4 sierpnia 2011

Zagubiona Kaczuszka


Był sobie staw, w którym się dzieci latem kąpały.
Wspaniałą zabawę podczas ciepłych dni w nim miały.
Lecz dnia któregoś dziwna rzecz się okazała.
Po stawie pływała samotna kaczuszka mała.


Dzieci się tej kaczuszce długo przypatrywały.
Ale nigdzie jej mamy dojrzeć nie zdołały.
Pobiegły dzieci do domu i tatę poprosiły.
 - Trzeba pomóc kaczuszce nasz tatusiu miły!


Tata wyłowił kaczuszkę i włożył ją do koszyka.
Zaraz oddamy mamie tego małego smyka.
Wsiadł zaraz do swojej łódki, którą na ryby pływa.
I podpłynął do trzcin, gdzie kacze gniazdko się skrywa.

Wypuścił małą kaczuszkę prosto do kaczej mamusi.
Teraz już mała kaczuszka samotnie pływać nie musi.
Wrócił tata do dzieci i siadł z nimi na brzegu.
I obserwują z daleka jak kaczki płyną gęsiego.