sobota, 24 listopada 2012

Dzień Pluszowego Misia 2012 - dzień piąty


Jutro Dzień Pluszowego Misia!
Sobota to idealny dzień na pokolorowanie misiowych kolorowanek - KLIK.
Tymczasem zapraszamy Was na misiową bajkę.

Pawełek i miś

Był spokojny, leniwy dzień w sklepie z zabawkami starego Tomasza. W sklepie, który znany był na całe miasto, ponieważ pan Tomasz robił najlepsze zabawki. Robił je sam i sprzedawał za niezwykle niską cenę, jak na takie arcydzieła. "Dzieci są najważniejsze", zwykł mawiać. Dziecięcy uśmiech przynosił mu większą radość niż bogactwo, którego niewątpliwe dorobiłby się, gdyby ręcznie wykonywane zabawki były droższe. Rodzice i tak by je kupowali ze względu na ich nieocenioną wartość. Najlepsze materiały oraz najznakomitsze pomysły projektów, to było właśnie to, co wyróżniało zabawki pana Tomasza od zabawek z innych sklepów.
Pan Tomasz mógł sobie pozwolić na taki interes, praktycznie charytatywny, ze względu na całkiem spory majątek, który zostawiła mu w spadku ciotka Euzebia. Ciotka Euzebia była niezwykle ciepłą osobą, ale niestety nie mogła mieć własnych dzieci. Dlatego też opiekowała się wszystkimi dziećmi w rodzinie, a i dzieciaczkom sąsiadów nie raz skapnęło mnóstwo ciepła i miłości. Po ostatniej rozmowie ze swoją ukochaną ciotką stary Tomasz postanowił kontynuować jej misję dobroczynności dzieciom. A że był dobrze zapowiadającym się projektantem wnętrz, najpierw ukończył studia, a następnie pracował przez jakiś czas w zawodzie, ponieważ to było jego marzenie. Po wielu latach pracy jako projektant postanowił wycofać się, znalazł w internecie kurs robienia zabawek dla początkujących (a trzeba Wam wiedzieć, że szukał go całymi tygodniami) i przez następne kilka lat zdołał się przebranżowić i otworzyć swój własny sklep.
Sklepik starego Tomasza nie był duży. Raczej niewielki. Na ścianie przeciwległej do drzwi frontowych wisiało zdjęcie ciotki Euzebii, uśmiechniętej i tulącej do piersi małego chłopczyka z fryzurą, niczym obciętą dookoła rondelka. To był mały Tomaszek. Duma i ulubieniec ciotki Euzebii. Na każdej ścianie sklepiku leżały, siedziały i stały najprzeróżniejsze zabawki. Wszystkie pomysłu pana Tomasza. Kolorowe, różnorodne. Niektóre lekko już przykurzone. Na półkach siedziały lalki z długimi i krótkimi włosami w każdym kolorze tęczy, długie pluszowe stonogi z nóżkami różnej długości i maleńkie skrzaty ze spiczastymi czerwonymi czapeczkami i pucołowatymi policzkami. Tak małe, że można je było schować do małej kieszonki i wystawał tylko koniuszek czapeczki. Były też drewniane klocki do budowy zamków i domków, kolorowe piłki do grania, niektóre nawet w kształcie piłki do rugby, a inne wielkie jak księżyc w środku nocy oraz całe rzędy pluszaków, od misiów po pieski i kotki.
Na najniższej półce, gdzieś zupełnie w kącie, siedziałem ja. Lekko przykurzony miś z jednym z oczek, które prawie odpadało. Pan Tomasz tyle razy do mnie podchodził i obiecywał, że mi to oko poprawi, ale za każdym razem coś wchodziło nam w drogę. Jak nie specjalne zamówienia na zabawki, to na przykład zapalenie płuc, które zniósł naprawdę kiepsko. W końcu miał już około 80 lat! A był czasem tak nierozsądny, mówię Wam, jak mały chłopczyk. Kiedyś, na ten przykład, staruszek wyszedł po guziki do pasmanteryjnego, ponieważ mu zabrakło do skończenia misia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była późna zimna jesień i deszcz lał jak z cebra! To było szalone. Ale Tomasz był takim człowiekiem, który zrobiłby wszystko, żeby dzieci były szczęśliwe. Tamten miś miał być gotowy następnego ranka. Mały chłopczyk z pobliskiej wioski byłby bardzo smutny, gdyby musiał dłużej czekać na swojego nowego przyjaciela - misia z zielonymi oczami i łatką na brzuszku. Misia, którego sam zaprojektował. Oczywiście po tym bieganiu w deszczu pan Tomasz przeleżał w łóżku dobre kilka tygodni, żeby wyleczyć się z choroby. I powiem Wam, że nawet ja, pluszowy miś, wiem, że ktoś w niebie musiał nad nim czuwać, bo takie wyzdrowienia zdarzają się rzadko. Zbyt rzadko.
Czekałem więc na przyszycie mojego oka już kilka miesięcy. Tak naprawdę, to nie przeszkadzało mi to zupełnie. Wydaje mi się nawet, że wyglądałem trochę uroczo. Sami wiecie. Ale Tomasz zawsze powtarzał, że musimy dopracować to oczko, bo inaczej nikt mnie może nie kupić. A ja chciałem mieć nowego przyjaciela. Chciałem mieć dom i kogoś, kto będzie mnie zabierał ze sobą wszędzie i opowiadał różne historie. Chociaż nie powiem, żeby było mi źle z Tomaszem. Jednak czasem jak pracował nad nowym projektem, to zamykał się i zupełnie w tym zatracał. Nie chodził po sklepie, nie rozmawiał z nami, nie omiatał nas z kurzu delikatną miotełką z piórek. Prawie go nie widywaliśmy. Dlatego chciałem, aby mnie ktoś zabrał do domu i nazwał swoim przyjacielem.
Tak mijały tygodnie i miesiące, a w sklepie starego Tomasza zawsze był tłok. Lubiłem nawet ten tłok, ponieważ dawał nadzieję na to, że ktoś mnie zauważy i zabierze do domu. Kilka razy było już blisko. Już myślałem, że dzieci sięgają po mnie. Miałem wrażenie, że moje oczka-guziczki radośnie świeciły się - przynajmniej bardzo się starałem, żeby to było widać - ale niestety ostatecznie dzieci sięgały po lalkę, albo wieżę z klocków, które stały obok mnie. Czasem tylko przychodziły i oglądały zabawki, między sobą zamawiały, która jest czyja. Nie raz zdarzyło się, że pan Tomasz musiał interweniować pomiędzy dwojgiem zapłakanych dziateczek, bo każde z nich chciało tę samą zabawkę. Tak sobie czasem myślałem, że byłoby miło, gdyby o mnie tak ktoś walczył. Niestety, nigdy nie zdarzyło się tak, żeby to o mnie dzieci się spierały. Był nawet taki czas, kiedy byłem bardzo zły na starego Tomasza, że nie miał dla mnie czasu i zwlekał z doszyciem oka tak długo. Na znak protestu obydwa oczka mi oklapły i jeszcze bardziej schowałem się w sobie, czyli zgiąłem się w pół tak, że prawie spadłem z półki. Tomasz w końcu zauważył moje nieme błaganie o pomoc i zabrał mnie na swój stoliczek, gdzie naprawiał drobne uszkodzenia. Stoliczek ten stał przy oknie wystawowym, zaraz przy drzwiach z małym dzwoneczkiem, który oznajmiał przyjście klientów.
Pamiętam ten dzień, jak gdyby to było wczoraj, a przecież minęło tyle lat. Zbliżała się godzina zamknięcia sklepu, a że była jesień, to promienie zachodzącego słońca wdzierały się do sklepu i tańczyły ze wszystkimi zabawkami. Lubiliśmy te chwile magii, leciutkiej otulającej nas ze wszystkich stron pomarańczowo-czerwonej mgiełki. Od dwóch dni leżałem na stoliku drobnych napraw przy oknie, ponieważ pechowo w dniu, gdy Tomasz mnie tam położył przyciął sobie prawy palec wskazujący w drzwiach. Nie złamał go, ale widać było, że bardzo cierpi. Nie marudziłem, tylko czekałem cierpliwie, aż powróci do sił.
Leżałem tak na stoliku, gdy do sklepu wbiegł mały chłopczyk. Był cały zgrzany, oddychał ciężko i był sam. W dłoni trzymał ściśnięty z całych sił banknot. Zaczął rozglądać się po sklepie. Nigdy wcześniej go tu nie widziałem, ale wyglądał na sympatycznego. No dobrze, prawdę mówiąc, to wyglądał na kogoś trochę szalonego. Miał skarpetki nie do pary, koszulkę na lewą stronę i jeszcze ten zupełny brak oddechu i rozczochrane włosy. Stanął na środku sklepu i najpierw ciężko oddychał, żeby uspokoić szaleńcze bicie serca, a potem zaczął rozglądać się po półkach. Dotknął prawie każdej zabawki i nie ominął nawet mojego kąta. "Co za pech, że mnie tam nie ma!", posmutniałem w duchu.
Pomyślałem sobie wtedy: "Teraz albo nigdy!". Zebrałem się w sobie. Zebrałem wszystkie siły, cały czar, którym obdarzył mnie Tomasz i starałem się błyszczeć. Promienieć od wewnątrz. Nie wiem, czy to sprawiłem ja, czy może wiatr, który wdarł się, gdy do sklepu weszła młoda kobieta (również trochę zdyszana), ale nagle upadłem tuż pod nogi małego chłopca. Podniósł mnie trochę zaskoczony, popatrzył wielkimi zielonkawymi oczami i krzyknął do mamy, nie zauważając nawet mojego niedoszytego oka:
- Mamo, mamo, tego chcę! Jest super! I ma takie biedne oczko!
"A jednak zauważył", pomyślałem i poczułem ukłucie w miejscu, gdzie wszystkie misie mają małe serduszko.
- Pawełku, ale na pewno ten? Jego trzeba chyba naprawić. A może nie jest jeszcze gotowy?
- Nie, mamo. Mamo, proszę! Ja chcę właśnie tego. Z takim okiem jest wyjątkowy.
Gdybym był żywy, to chyba bym zapłakał. Wyjątkowy, słyszeliście?
Takim oto sposobem znalazłem się w ramionach małego Pawełka, który przytulał mnie całą drogę do domu. Tamtego dnia odnalazł mnie mój przyjaciel. A potem powiedział, że będziemy najlepszymi przyjaciółmi i że będziemy przeżywać przygody każdego dnia. To właśnie wtedy, możecie mi wierzyć lub nie, jedna malutka łza pojawiła się w moim oku zwisającym na luźnej nitce...

Oto fotorelacja z przygotowań do misiowego balu przedszkolaków z Publicznego Przedszkola w Rogowie. Dziękujemy Pani Ali i grupie "Słoneczka" za nadesłane zdjęcia :)






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz