środa, 28 maja 2014

Opowieści Cioci Grażynki - rozdział X

rys. Rakothka

Gdy wyjeżdżacie na weekend, majówkę lub wakacje, jak umilacie sobie podróż? Marta z nowej przygody Cioci Grażynki lubi rymy i rymowanki i całkiem dobrze jej idzie! Rymy rodzą się w jej głowie obficie, ku uciesze całej rodziny. Ciekawe jaki rym wymyśliłaby do tytułu artykułu z lokalnej gazety opisującej jej krótką acz mokrą przygodę. Przeczytajcie koniecznie, żeby dowiedzieć się, co się wydarzyło!

"Rozpoczęcie sezonu pływackiego"

Samochód mknął drogami między polami i lasami. Adaś miał słuchawki na uszach i słuchał płyt. Marta patrzyła przez okno. Był to tzw. „długi weekend", czyli pierwsze dni maja. Rodzina udała się do domku campingowego nad jezioro na wypoczynek. Karolina została w domu, bo musiała się uczyć. Marta sięgnęła po książkę.
- No, i jak ci się podoba „Kłamczucha"? - spytała Mama.
- Fajna. Aniela ma niesamowite przygody.
- A doszłaś już do Mamerciątek?
- Tak. Najbardziej podobały mi się ich piosenki. Wymyśliłam nawet do nich melodię - Marta zaczęła podśpiewywać:
Jedna siostra drugiej siostrze
Napluła na ostrze.
- A wiesz, Mamuś, ja wymyśliłam nawet zakończenie tego, czego Mamerciątka nie mogły zrymować!
- Jedna małpa drugiej małpie? - spytała Mama.
- Poskakała na łbie - odpowiedziała Marta.
- No, no, całkiem nieźle, chociaż rym trochę naciągany.
- I wymyśliłam nowe - Marta zaczęła podśpiewywać.
Jedna kula drugiej kuli
Szczędziła cebuli,
Jedna świnka drugiej śwince
Mówiła o spince.
Mama z Tatą wybuchnęli śmiechem.
- Może jeszcze coś wymyślę? - powiedziała Marta.
- Jeden brat drugiemu bratu... - przerwała i myślała intensywnie.
- Nie zapłacił VAT-u - dodał Tato - ekonomista.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet Adaś zdjął słuchawki.
- Powymyślałam też nowe rymowanki na melodię „Miała baba koguta".
- No, jakie, jakie? - dopytywała się Mama.
- Miała baba ptaszynkę, ptaszynkę, ptaszynkę i zrobiła z niej szynkę, z niej szynkę, bęc! - zamilkła oczekując wyrazów uznania.
- No, no - powiedzieli wszyscy.
- Miała baba dwie świnie, dwie świnie, dwie świnie, ukisiła je w winie, je w winie,
bęc!
- To może wymyśl jeszcze trochę rymowanek? - powiedziała Mama - Podróż szybciej minie.
- Marta zaczęła:
Idzie sobie misiek, hopsa sa, hopsa sa,
potknął się o kisiel, hopsa, hopsa sa.
Idzie sobie słonik, hopsa sa, hopsa sa,
i wlazł na batonik, hopsa, hopsa sa.
Idzie sobie piesek, hopsa sa, hopsa sa,
i wpadł na stos desek, hopsa, hopsa sa.
- No, jesteśmy już blisko - przerwał tę radosną twórczość Tato. - Pojedziemy zwiedzić zabytkowy klasztor.
Przed klasztorem parkowało mnóstwo samochodów. Rozłożone też były stragany i stoiska. Okazało się, że trafili na majówkę grupy plastyków. Za pół godziny w kościele miał się odbyć koncert muzyki alternatywnej, potem piknik przed klasztorem. Siąpił deszcz, więc schronili się w kościele. Tam obejrzeli sobie wystawę prac plastyków. Były to pięknie haftowane sztandary.
- Co to jest muzyka alternatywna? - dopytywała się Marta.
- Zobaczysz, a właściwie usłyszysz. - powiedział Adaś. - To taka muzyka inna niż wszystkie, nowoczesna.
Rzeczywiście muzyka była bardzo nowoczesna. Przede wszystkim bardzo głośna, dużo trąbek, przypominała trochę utwór Ameno zespołu Era. Na początku wszyscy słuchali z zainteresowaniem, potem Marta zaczęła się wiercić, a Adaś wzdychać.
Tato szepnął: - Jeszcze trochę. Mama spytała: - Macie już dosyć? Dzieci kiwnęły głowami. - To wychodzimy.
Wyszli na piknik i kierując się dymem dotarli do kotła z grochówką.
- No, to obiad Mamy z głowy. - siedli pod wielkim parasolem i „milcząc żwawo jedli".
Do domku nad jeziorem dotarli późnym popołudniem. Przestało padać, więc poszli zwiedzać miasto. Następnego dnia byli umówieni ze znajomymi Taty. Mieli oni dwóch synów - jednego w wieku Marty, drugiego starszego. Ten zaraz znalazł wspólny język z Adasiem i siedli przy komputerze. Martę bardziej niż kolega interesował kot syjamski gospodarzy, natychmiast zaczęła się z nim bawić. Mama widząc to wciągnęła małego Marka w rozmowę. Spytała, w co bawią się na przerwach. Marta podeszła i też zaczęła rozmawiać. Opowiedziała o „ósemce", co zainteresowało Marka. Pochwaliła się też, że czasami gra w piłkę nożną. Marek skrzywił się - U nas gra się w kosza. Piłka nożna to obciach.
- A u nas nie - odpowiedziała Marta. - Nawet mamy turniej podwórkowych drużyn.
Dzieci zaczęły już swobodnie rozmawiać, więc Mama spokojnie wróciła do towarzystwa dorosłych, zebranych przy grillu.
Następnego dnia była piękna pogoda. Od rana świeciło słońce, odbijało się w jeziorze. Przy domkach campingowych było pełno ludzi. Marta ubrała się szybko w krótką spódniczkę, bluzeczkę z krótkim rękawem i kolanówki.
- Mamo, mogę iść pobawić się nad jezioro? - spytała.
Tylko uważaj na łabędzie. - powiedziała Mama - Teraz mają młode i gdy wychodzą na brzeg są niebezpieczne. Nie pobrudź się też, bo po południu mamy gości.
Marta szybko zjadła śniadanie i pobiegła nad jezioro. Mama szykowała śniadanie dla Taty i Adasia, którzy jeszcze spali.
- Wstawajcie, jest piękna pogoda, szkoda dnia! - wołała.
Nagle drzwi od domku otworzyły się. Stanęła w nich Marta, ale w jakże pożałowania godnym stanie. Świąteczna spódniczka była nie tylko mokra, ale i zielona. Bluzeczka w niewiele lepszym stanie, nie mówiąc już o kolanówkach. Od pasa w dół była mokrusieńka.
- Wpadłam do jeziora z pomostu dla rybaków - powiedziała.
Mama nic nie mówiła, tylko szybko pomogła jej się rozebrać, wytarła mocno ręcznikiem i dała ciepłej herbaty. Marta musiała ubrać spodnie i powitała gości w codziennym ubraniu.
A tydzień później Tato dostał mailem od znajomych zeskanowany fragment lokalnej gazety, w której napisano żartobliwie: 3 maja ośmioletnia Marta dokonała otwarcia sezonu pływackiego kąpiąc się do pasa w naszym jeziorze.
Samochód mknął drogami między polami i lasami. Adaś miał słuchawki na uszach i słuchał płyt. Marta patrzyła przez okno. Był to tzw. „długi weekend", czyli pierwsze dni maja. Rodzina udała się do domku campingowego nad jezioro na wypoczynek. Karolina została w domu, bo musiała się uczyć. Marta sięgnęła po książkę.
- No, i jak ci się podoba „Kłamczucha"? - spytała Mama.
- Fajna. Aniela ma niesamowite przygody.
- A doszłaś już do Mamerciątek?
- Tak. Najbardziej podobały mi się ich piosenki. Wymyśliłam nawet do nich melodię - Marta zaczęła podśpiewywać:
Jedna siostra drugiej siostrze
Napluła na ostrze.
- A wiesz, Mamuś, ja wymyśliłam nawet zakończenie tego, czego Mamerciątka nie mogły zrymować!
- Jedna małpa drugiej małpie? - spytała Mama.
- Poskakała na łbie - odpowiedziała Marta.
- No, no, całkiem nieźle, chociaż rym trochę naciągany.
- I wymyśliłam nowe - Marta zaczęła podśpiewywać.
Jedna kula drugiej kuli
Szczędziła cebuli,
Jedna świnka drugiej śwince
Mówiła o spince.
Mama z Tatą wybuchnęli śmiechem.
- Może jeszcze coś wymyślę? - powiedziała Marta.
- Jeden brat drugiemu bratu... - przerwała i myślała intensywnie.
- Nie zapłacił VAT-u - dodał Tato - ekonomista.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet Adaś zdjął słuchawki.
- Powymyślałam też nowe rymowanki na melodię „Miała baba koguta".
- No, jakie, jakie? - dopytywała się Mama.
- Miała baba ptaszynkę, ptaszynkę, ptaszynkę i zrobiła z niej szynkę, z niej szynkę, bęc! - zamilkła oczekując wyrazów uznania.
- No, no - powiedzieli wszyscy.
- Miała baba dwie świnie, dwie świnie, dwie świnie, ukisiła je w winie, je w winie,
bęc!
- To może wymyśl jeszcze trochę rymowanek? - powiedziała Mama - Podróż szybciej minie.
- Marta zaczęła:
Idzie sobie misiek, hopsa sa, hopsa sa,
potknął się o kisiel, hopsa, hopsa sa.
Idzie sobie słonik, hopsa sa, hopsa sa,
i wlazł na batonik, hopsa, hopsa sa.
Idzie sobie piesek, hopsa sa, hopsa sa,
i wpadł na stos desek, hopsa, hopsa sa.
- No, jesteśmy już blisko - przerwał tę radosną twórczość Tato. - Pojedziemy zwiedzić zabytkowy klasztor.
Przed klasztorem parkowało mnóstwo samochodów. Rozłożone też były stragany i stoiska. Okazało się, że trafili na majówkę grupy plastyków. Za pół godziny w kościele miał się odbyć koncert muzyki alternatywnej, potem piknik przed klasztorem. Siąpił deszcz, więc schronili się w kościele. Tam obejrzeli sobie wystawę prac plastyków. Były to pięknie haftowane sztandary.
- Co to jest muzyka alternatywna? - dopytywała się Marta.
- Zobaczysz, a właściwie usłyszysz. - powiedział Adaś. - To taka muzyka inna niż wszystkie, nowoczesna.
Rzeczywiście muzyka była bardzo nowoczesna. Przede wszystkim bardzo głośna, dużo trąbek, przypominała trochę utwór Ameno zespołu Era. Na początku wszyscy słuchali z zainteresowaniem, potem Marta zaczęła się wiercić, a Adaś wzdychać.
Tato szepnął: - Jeszcze trochę. Mama spytała: - Macie już dosyć? Dzieci kiwnęły głowami. - To wychodzimy.
Wyszli na piknik i kierując się dymem dotarli do kotła z grochówką.
- No, to obiad Mamy z głowy. - siedli pod wielkim parasolem i „milcząc żwawo jedli".
Do domku nad jeziorem dotarli późnym popołudniem. Przestało padać, więc poszli zwiedzać miasto. Następnego dnia byli umówieni ze znajomymi Taty. Mieli oni dwóch synów - jednego w wieku Marty, drugiego starszego. Ten zaraz znalazł wspólny język z Adasiem i siedli przy komputerze. Martę bardziej niż kolega interesował kot syjamski gospodarzy, natychmiast zaczęła się z nim bawić. Mama widząc to wciągnęła małego Marka w rozmowę. Spytała, w co bawią się na przerwach. Marta podeszła i też zaczęła rozmawiać. Opowiedziała o „ósemce", co zainteresowało Marka. Pochwaliła się też, że czasami gra w piłkę nożną. Marek skrzywił się - U nas gra się w kosza. Piłka nożna to obciach.
- A u nas nie - odpowiedziała Marta. - Nawet mamy turniej podwórkowych drużyn.
Dzieci zaczęły już swobodnie rozmawiać, więc Mama spokojnie wróciła do towarzystwa dorosłych, zebranych przy grillu.
Następnego dnia była piękna pogoda. Od rana świeciło słońce, odbijało się w jeziorze. Przy domkach campingowych było pełno ludzi. Marta ubrała się szybko w krótką spódniczkę, bluzeczkę z krótkim rękawem i kolanówki.
- Mamo, mogę iść pobawić się nad jezioro? - spytała.
Tylko uważaj na łabędzie. - powiedziała Mama - Teraz mają młode i gdy wychodzą na brzeg są niebezpieczne. Nie pobrudź się też, bo po południu mamy gości.
Marta szybko zjadła śniadanie i pobiegła nad jezioro. Mama szykowała śniadanie dla Taty i Adasia, którzy jeszcze spali.
- Wstawajcie, jest piękna pogoda, szkoda dnia! - wołała.
Nagle drzwi od domku otworzyły się. Stanęła w nich Marta, ale w jakże pożałowania godnym stanie. Świąteczna spódniczka była nie tylko mokra, ale i zielona. Bluzeczka w niewiele lepszym stanie, nie mówiąc już o kolanówkach. Od pasa w dół była mokrusieńka.
- Wpadłam do jeziora z pomostu dla rybaków - powiedziała.
Mama nic nie mówiła, tylko szybko pomogła jej się rozebrać, wytarła mocno ręcznikiem i dała ciepłej herbaty. Marta musiała ubrać spodnie i powitała gości w codziennym ubraniu.
A tydzień później Tato dostał mailem od znajomych zeskanowany fragment lokalnej gazety, w której napisano żartobliwie: 3 maja ośmioletnia Marta dokonała otwarcia sezonu pływackiego kąpiąc się do pasa w naszym jeziorze.

Ciocia Grażynka i jej opowiadania goszczą w Bajecznej Fabryce dziesiąty raz. Poprzednie opowiadania znajdziecie: 
TUTAJ - rozdział I
TUTAJ - rozdział II
TUTAJ - rozdział III
TUTAJ - rozdział IV
TUTAJ - rozdział V
TUTAJ - rozdział VI
TUTAJ - rozdział VII
TUTAJ - rozdział VIII 
TUTAJ - rozdział IX

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz