czwartek, 21 sierpnia 2014

Wakacyjny piknik

rys. Roksana

Czy pamiętacie jeszcze tradycyjne pikniki sprzed lat? :) Takie prawdziwe na łące, na kocu, z wiklinowym koszem piknikowym wypchanym po brzegi samymi smakołykami. Wy maluchy pewnie nie pamiętacie, ale zapytajcie rodziców, zapytajcie dziadków! I posłuchajcie pięknych historii, jak kiedyś spędzało się wspólnie czas na świeżym powietrzu.

"Wakacyjny piknik"

Babcia Leonia każdego lata opowiadała nam, swoim wnukom, o rodzinnych wyprawach na zielone łąki, koszach pełnych frykasów i kraciastych kocach. Zamykała wtedy oczy i wspominała sielskie chwile na łonie natury. Czasy się zmieniły, pikniki zastąpiono rodzinnym biesiadowaniem wśród dymu wydobywającego się z grilla. Moi rodzice tłumaczyli mi podobieństwo tych spotkań i nie potrafili pojąć mojego uporu. Marzył mi się piknik, taki z prawdziwego zdarzenia. Mój wymarzony piknik zaplanowałam w najdrobniejszych szczegółach, z każdym dniem dodając coś nowego. W końcu rodzice, widząc mój upór, zapowiedzieli, że w najbliższą niedzielę wybierzemy się wraz naszymi sąsiadami i ich dziećmi na piknik. Od tego momentu wakacyjne dni zaczęły wolniej płynąć, a ja godzinami leżałam i wyobrażałam sobie niedzielną wyprawę na łąkę. 
Nadeszło sobotnie popołudnie. Mama zawołała mnie do kuchni i wspólnie rozpoczęłyśmy przygotowania do pikniku. W pierwszej kolejności przygotowałyśmy pieczone udka kurczaka oraz szaszłyki. Następnie upiekłyśmy warzywa oraz niewielkie babeczki. Mama wszystko starannie zapakowała i schowała do lodówki. 
Niedzielny poranek rozpoczęliśmy od pakowania się na piknikowy wyjazd. Tata naszykował dwa kraciaste koce, przygotował trzy szklane butelki pełne kwaśnej lemoniady i wystawił z garażu rowery. Mama ze strychu przyniosła stary kosz piknikowy, który pamiętał jeszcze pikniki babci Leonii. Przed południem byliśmy gotowi do wyjazdu. Przed domem czekali już nasi sąsiedzi. Celem naszego pikniku była niewielka polanka w lesie pod miastem. Pół godziny jazdy rowerem wystarczyło, by znaleźć się na polance. W mgnieniu oka zieloną trawę pokryliśmy kraciastymi kocami. Towarzyszył nam głośny śpiew ptaków. Gdy koce były już rozłożone, mama otworzyła kosz z piknikowymi specjałami. Babeczki jedzone na łonie natury smakowały wyśmienicie. Gdy wszystkie przygotowane przez nas przysmaki już zniknęły, wraz z dziećmi sąsiadów wybrałam się w poszukiwaniu jagód. Nie musieliśmy szukać daleko i już po chwili zapełniliśmy jagodami cały pojemnik po babeczkach. Gdy wróciliśmy na polanę koce były już złożone, a rowery były przygotowane do podróży. Czas w lesie płynie inaczej, dopiero podczas pakowania się do powrotu spostrzegłam, że z godziny 11:00 zrobiła się w mgnieniu oka godzina 18:00. W trakcie powrotu spostrzegliśmy, że na horyzoncie pojawiły się pierwsze ciemne chmury. W obawie przed burzą jechaliśmy bardzo szybko. Na szczęście zdążyliśmy i gdy pierwsze krople deszczu spadły na ulicę, kończyliśmy wstawiać nasze rowery do garażu. Wieczorem uśmiechnięci rodzice stwierdzili, że nie spodziewali się, iż na pikniku będzie tak przyjemnie. Ku mojej ogromnej radości zaproponowali, by w następną niedzielę urządzić piknik nad rzeką. Mam nadzieję, że Babcia Leonia pojedzie z nami! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz