czwartek, 27 lutego 2014

Dzień Niedźwiedzia Polarnego



Misie wielokrotnie gościły w Bajecznej Fabryce. Pluszowe (KLIK), polarne, brunatne, wesołe i smutne. Dzień Polarnego Misia stał się pretekstem do napisania kolejnej (misiowej!) bajki, na którą Was serdecznie zapraszamy. Wszystkie ilustracje do dzisiejszej bajki przygotowały "Stokrotki" z Przedszkola nr 13 im. Jana Pawła II w Tarnobrzegu oraz 5-latki z Przedszkola Publicznego nr 1 w Radomiu - dziękujemy! 

Misiowe bajki:


"W poszukiwaniu niedźwiadków" 

Miś Michał mieszkał z rodzicami w jaskini, na skraju dębowego lasu. Każdego poranka radośnie chadzał do leśnego przedszkola, by w towarzystwie wiewiórek, saren, lisów i wilków bawić się pod czujnym okiem sędziwej sowy.  Mały miś był bardzo towarzyski i miał w przedszkolu wielu przyjaciół, jednak czasami bardzo chciał się pobawić z innym misiem. Był jedynym misiem w przedszkolu i zastanawiał się czy gdzieś, w innym lesie również mieszkają misie.



Razu pewnego Michał zwierzył się sowie ze swoich marzeń. Sędziwy ptak poprawił druciane okulary i w milczeniu zaprowadził małego misia do biblioteki. Rozłożył skrzydła i pofrunął do najwyższej półki dębowego regału. Kilka minut później obok niedźwiadka stał stos atlasów geograficznych, pełnych kolorowych map, a sowa cierpliwie pokazywała mu miejsca, które zamieszkują misie. 
Miś Michał nie mógł wprost uwierzyć, że na świecie mieszka aż tyle innych misiów. Gdy wracał z przedszkola podjął decyzję, że musi odnaleźć inne misie. Tej nocy mały miś miał cudowny sen, w którym bawił się wraz z innymi niedźwiadkami.
Nazajutrz rano przy śniadaniu opowiedział mamie o swoim pomyśle. Mama misia początkowo nie była zachwycona, gdyż uważała, że Michał jest jeszcze zbyt mały na taką wyprawę. Widząc radość w oczach swojego synka, opowiadającego o planach podróży w końcu się zgodziła, zastrzegając jednak, że wyjazd dojdzie do skutku, pod warunkiem, że Michałowi towarzyszyć będzie jego Tata. Miesiącami niedźwiadek planował upragnioną wyprawę, rysując na kolorowych mapach trasy swojej podróży. Gdy nadeszło lato, a wraz z nim upragnione wakacje miś Michał oraz jego Tata wyszorowali łódź, pożyczoną od rodziny wesołych dzików, spakowali niezbędny prowiant oraz mapy, a następnie ruszyli wraz z prądem rzeki, która przecinała dębowy las. Kilka dni później rzeka połączyła się z oceanem. Z minuty na minutę misie oddalały się od brzegu. Płynęły tygodniami, wypatrując kawałka lądu. Bez rezultatu. Mały miś godzinami rysował łapą długie linie na tafli wody ogromnego oceanu, marząc o poznaniu misiów z opowieści sędziwej sowy.



Pewnej nocy obudził ich chłód. Woda w ocenie była lodowata, a koło ich łodzi pływały lodowe kry, a futro misiów pokryte było szronem. Michał wraz z tatą szybko sprawdzili na mapie i doszli do wniosku, że muszą zbliżać się do Arktyki. Mimo coraz większego chłodu na buzi misia pojawił się wielki uśmiech, gdyż zbliżali się do miejsca, w którym zgodnie z informacjami Pana Sowy mieszkają inne misie. Wkrótce oczom Michała i jego taty ukazał się ląd. Misie zbliżając się do niego spostrzegły, że pokryty jest lodem. Gdy dobili do brzegu wokół widzieli jedynie śnieg i lód. Miś Michał był pod ogromnym wrażeniem, ponieważ nigdy wcześniej nie widział tyle śniegu. Niedźwiadek rozglądał się niecierpliwie w poszukiwaniu misiów zamieszkujących tą krainę, ale nigdzie ich nie dostrzegał. Wtem spostrzegł grupkę trzech niedźwiadków, która tarzała się w najlepsze w śniegu. Ale jakie było jego zdziwienie, gdy okazało się, że nie są to małe brązowe misie - takie jak on, a misie o białym futerku. W pierwszej chwili pomyślał, że to śnieg szczelnie przykrył ich futerko i gdy tylko śniegi stopnieją biały kolor zmieni się w brązowy. Jednak okazało się, że chyba nie ma rację, bo jeden z białych niedźwiadków odezwał się:
O rety, rety! Patrzcie koledzy mili!
Powiedzcie, czy mi się to tylko zdaje?
Czy to kawałek ziemi wzrok mi myli?
Czy dwa brudne misie zawitały w nasze kraje...
Miś Michał zamyślił się - "Może białe misie mają rację, a jego futerko jest rzeczywiście brudne." Przypomniał sobie jednak o swoich codziennych kąpielach... nie, o brudzie nie ma mowy. Spojrzał na Tatę, który przecież też zażywał regularnych kąpieli. On również był cały brązowy. Dziwne... Kiedy podeszli do białych niedźwiadków Tata powiedział:
Jesteśmy brązowi przez całe nasze życie
Dotknijcie łapkami jeśli nie wierzycie!
Białe misie podeszły do Michała i jego Taty, dotknęły ich brązowego futerka. Nagle Tata zaczął się głośno śmiać, bowiem od dziecka miał łaskotki. Wszystkie misie zachichotały, rozpoczynając wojnę na śniegowe kule.


Michał oraz jego Tata spędzili kilka wspaniałych dni w krainie pełnej śniegu, w towarzystwie białych misiów. Spakowani do powrotu do dębowego lasu żegnali się z gromadą białych misiów, obiecując sobie, że jeszcze się spotkają. Gdy brązowe misie były już w swojej łodzi, najstarszy z białych misiów rzekł:
Bo nieważne czyś brązowy czy też biały.
Niedźwiedzia rodzina słynie na świat cały.
Z tego, że najważniejsza jest wspólna zabawa.
To dla wszystkich misiów bardzo ważna sprawa.




















wtorek, 25 lutego 2014

Foka


foczkę pokolorowała - Maja (2,5 roku) 

Chyba każdemu zdarzyło się chociaż raz stracić kompanów podróży z oczu. Zazwyczaj decyduje o tym ułamek sekundy, jedna mała chwila. Bohaterka dzisiejszej bajki straciła z oczu swoich rodziców, towarzyszył temu stres i strach. Na szczęście rodzice szybko odnaleźli swoją pociechę i historia małej foczki szczęśliwie się zakończyła. Pamiętajcie! Podczas wycieczek pilnujcie swoich bliskich lub przewodników! 
Dzisiejszą bajkę napisał Olek (10 lat) z pomocą swojej Mamy Ani :) 

"Foka"

Pewna mała foka, prawie w podskokach,
Po lodzie, nad morze dreptała.

Z przodu szli rodzice i inne foki ze stada,
A ona wciąż przystawała.

Podziwiała przepiękną śnieżną krainę.
Zagapiła się i zgubiła rodzinę.

Nie widząc tatusia, ani mamusi ogona.
Stała nieco przerażona.

Bała się niedźwiedzia z foczych opowieści.
Jego dom w okolicy się mieści.

Pewnie wyjdzie na spacer, na górce sobie stanie,
Zobaczy ją i zje na śniadanie.

Tak stała wystraszona, aż ze strachu drżała.
Gdy znajomy głos usłyszała.

To mamusia z tatą ja nawoływali.  Byli tacy dzielni!
Choć pewnie też niedźwiedzia się bali.

Foczka do rodziców mocno się przytuliła i obiecała:
Już nigdy nie będę się gubiła!

niedziela, 23 lutego 2014

Hania



Zosia ma kasztanowe włosy, Tomek jest blondynem, Ania nie słyszy, Malwinka jest bardzo niska, Kasia jest najwyższa ze wszystkich na podwórku, Zenek nie widzi, Krzysiu świetnie rysuje. Każdy jest inny. Każdy jest wyjątkowy. O tym jest dzisiejsza bajka, która została napisana na specjalne życzenie Pani Marty. 
Ilustracje do dzisiejszej bajki przygotowały 5-latki z Przedszkola Publicznego nr 1 w Radomiu

"Hania" 

Minął już piąty tydzień nauki w pierwszej klasie. Kasia siedziała w kuchni i opowiadała mamie o tym, co się dzieje w szkole i osobno o każdym dziecku. Kiedy doszła do Hani, na chwilę się zamyśliła...
- Wiesz mamo. Bardzo polubiłam Hanię. Jest grzeczną dziewczynką, ale jakoś nigdy nie chce się z nami bawić. Ani na przerwach, ani po szkole. Zawsze szybko pędzi do domu.
Mama też chwilę się zamyśliła.
- Słuchaj Kasiu, a może, jeśli faktycznie ją polubiłaś, to zaproponujesz jej zapisanie się do Drużyny Zuchów. Mówiłaś mi, że Drużynowa poszukuje jeszcze chętnych dziewczynek.
- Mamo, to super pomysł! – odpowiedziała Kasia.
Następnego dnia, jeszcze przed pierwszą lekcją, Kasia zaproponowała Hani wspólne udanie się na zbiórkę.
- Hania bardzo się ucieszyła, ale powiedziała, że musi się zapytać rodziców.
Był tylko jeden problem. Zapisy do Drużyny Zuchów kończyły się tego dnia. Trzeba było się zgłosić do 14:00, czyli zaraz po lekcjach. Warunkiem była zgoda rodziców.
- Oj, z tym to może być problem – powiedziała Kasia. Twoi rodzice pewnie są w pracy?


- Nie... Hania przez chwilę się zawahała. Są w domu.
- No to pobiegnijmy do nich szybciutko. Jeśli się zgodzą i podpiszą, to zdążymy zanieść zgodę Drużynowej.
Hania jakby zamarła. Widać było, że myśli intensywnie. W końcu jednak powiedziała.
- Zróbmy tak! Chodźmy do moich rodziców! Tylko, że...
- Tylko, że co? – spytała Kasia
-  No, właściwie nic. Chciałam Cię tylko ostrzec, że u mnie jest nieco inaczej.
Nie było jednak czasu na wyjaśnienia. Czas płynął nieubłaganie. Hania mieszkała bardzo blisko szkoły. W bloku, który był bardzo charakterystyczny, ponieważ miał takie jedno dodatkowe wejście. Betonową dróżkę, która prowadziła do jednego z mieszkań na parterze. Kasia bardzo się zdziwiła, kiedy Hania powiedziała:
- Chodźmy tędy. Będzie szybciej.
Po czym ruszyła tą właśnie betonową drogą i przy pomocy klucza wyjętego z bocznej kieszeni plecaka zaczęła otwierać drzwi.
- Mamo, tato. To ja! – zawołała. Po czym zaprosiła Kasię do środka.
Kasia z lekką obawą weszła do mieszkania. W niczym nie różniło się od innych mieszkań. Było w nim bardzo czysto, przestrzennie, a na ścianach wisiały piękne obrazy, które ją zachwyciły. Gdy tak stała i podziwiała je, do pokoju wjechał jakiś mężczyzna na wózku inwalidzkim, a zaraz za nim weszła kobieta, która uśmiechała się, ale nie patrzyła prosto na Kasię, tylko jakby w bok. Kasia domyśliła się, że ta pani jest niewidoma.


- O. Nie jesteś sama Haniu. A co to za miły gość? – powiedział pan na wózku.
- Jestem Kasia. Bardzo mi miło  - Kasia przedstawiła się grzecznie, mimo iż widać było, że jest naprawdę bardzo zdziwiona całą sytuacją.
Ludzie ci okazali się być rodzicami Hani. Widać było, że z pomysłu zapisania się do Drużyny Zuchów rodzice byli bardzo zadowoleni.
- Hania tak bardzo nam pomaga, że wciąż zamartwiamy się, że nie ma czasu na normalne dzieciństwo – powiedziała mama Hani. Bardzo się cieszymy, że Cię poznała Kasiu.
- Dajcie szybko ten druczek, to Wam go podpiszę – dodał tata Hani.
Dziewczynki wzięły podpisaną karteczkę i pobiegły do szkoły.
Właśnie minęła 14:00 i bały się, że nie zdążą. Na szczęście Drużynowa właśnie oddawała klucze pani Woźnej i dziewczynkom udało się przekazać jej zgodę rodziców Hani. Bardzo się ucieszyła i zaprosiła je na zbiórkę, w najbliższy piątek.
Kiedy dziewczynki wyszły ze szkoły poczuły, że są bardzo zmęczone. Usiadły więc na ławce, a Hania opowiedziała Kasi o swojej rodzinie. Jej rodzice byli niepełnosprawni, a w związku z tym, że nie mieli żadnej bliskiej rodziny, to Kasia najwięcej im pomagała.
- Dlatego nigdy nie zostawałam z Wami po szkole – tłumaczyła. Nie mam za dużo czasu na zabawę, odkąd zaczęła się szkoła. Ale na zbiórki Zuchów znajdę czas – dodała z uśmiechem.
Od tego dnia zaczęła się wielka przyjaźń Kasi i Hani. Kasia bywała częstym gościem w domu Hani. Dzięki niej nauczyła się wielu przydatnych umiejętności. Pomagała w sprzątaniu mieszkania, wynoszeniu śmieci, a czasem w gotowaniu. Rodzice Hani okazali się bardzo sympatycznymi ludźmi. Tata Hani malował w domu obrazy, a mama pracowała w ośrodku dla dzieci niedowidzących i uczyła tam muzyki. W ich domu Kasia poczuła, że fakt, że ktoś jest inny, mniej sprawny, nie znaczy wcale, że jest gorszy.
Dziewczynki razem chodziły na zbiórki Zuchów.  Z czasem okazało się, że Hania, ze względu na wszystkie swoje umiejętności, których musiała nauczyć się wcześniej niż inne dzieci, żeby móc pomagać niepełnosprawnym rodzicom, została posiadaczką największej liczby odznak. To ona w drużynie najlepiej potrafiła przyszywać guziki, przybijać gwoździe czy obierać ziemniaki.
Kasia była dumna ze swojej przyjaciółki. Najdumniejsza na świecie!

piątek, 21 lutego 2014

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

rys. Rakothka

Niemcy mówią po niemiecku, Chińczycy po chińsku, Francuzi po francusku, a Polacy po polsku. Dzisiejsze święto - Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego - stało się* inspiracją do kolejnej bajki, na którą Was serdecznie zapraszamy. 

"Język Ojczysty"
Tato! A po co ja mam się uczyć języka polskiego?
Po co marnować czas na naukę czegoś tak prostego?

Mojego języka przecież od małego już jestem nauczony.
Będę się uczył innej mowy, gdy zechcę jechać w dalekie strony.

Naszego języka niech się uczą obcokrajowcy!
Ja nasz język znam dobrze, a dla nich jest obcy!

Jaś próbował Tatę przekonać, że nauki nie potrzebuje.
Ale Tata nic a nic w tym temacie nie ustępuje:

Synku drogi, żeby językiem ojczystym pięknie władać,
Trzeba do nauki w szkole również się przykładać.

Ważne, by mówić prawidłowo i ładnie układać słowa.
Wiedzy na ten temat potrzebuje każda młoda głowa.

Nasz język to nie tylko słowa do porozumiewania.
Za mowę ojczystą nie raz krew rodaków była przelewana.

Język ojczysty to również historia, kultura oraz sztuka.
Uwierz mi synku, bardzo ważna jest języka polskiego nauka!

Jeśli chcesz w świat dumnie ruszyć, z podniesioną głową,
Wpierw poznaj i władaj prawidłowo swą mową narodową.

A gdy poznasz  zasady mowy i prawidłowości gramatyki.
Wierz mi, że ta wiedza Ci pomoże poznawać inne języki.

* dziękujemy Kasi za zmobilizowanie nas do obchodów tego wyjątkowego święta! 

środa, 19 lutego 2014

puszkowe gadu-gadu




W dobie telefonów komórkowych może być trudno zainteresować dzieci tym prostym zestawem do przeprowadzania rozmów:) ale zabawa, jaka się później odbywa, napawa optymizmem, że nie wszystko musi grać, świecić, chodzić, mówić, by zainteresować dziecko.
Zestaw do przeprowadzania rozmów, przetestowany przez Jacka i Anielkę, zdał egzamin na piątkę! 
Dlatego dzisiaj w cyklu zróbmy to razem polecamy Wam puszkowe gadu-gadu:)


Wykonanie:



- oczyszczamy puszki z etykiet, usuwamy górne wieczko
- oklejamy puszki papierem kolorowym 
- w spodzie puszki robimy dziurkę przez którą przewlekamy sznurek
(im dłuższy sznurek, tym lepsza zabawa:))

 ŻYCZYMY DŁUGICH ROZMÓW:)




poniedziałek, 17 lutego 2014

Dzień kota


rys. Ewelina z Ewelinaart - KLIK*

Wszystkim kotom (tym kanapowym i tym podwórkowym) życzymy spełnienia kocich marzeń! Dzisiejsze święto niech będzie pretekstem do przypomnienia kocich bajek opublikowanych dotychczas w Bajecznej Fabryce:
bajka o leniwym kocurku - KLIK 
jak myszka z kotem - KLIK
kot - KLIK 

Tymczasem poznajcie Maurycego - wielkiego śpiocha! Zapraszamy Was na kolejną kocią bajkę! 

"Kot Maurycy"

Kot Maurycy na kanapie
cicho chrapie
Parska, mlaska, pochrapuje
trochę przy tym hałasuje
Śni o rybie, misce z mleczkiem
oblizuje się troszeczkę
Zaraz wstanie i do kuchni podrepcze
zje rybkę i mleczko wychłepcze

* dziękujemy Ewelinie za piękną ilustrację! :) pełną kocią galerię znajdziecie TUTAJ

niedziela, 16 lutego 2014

Listonosz


rys. Olek /10 lat/

Przed Wami kolejna odsłona bajecznego cyklu - ZAWODY. Bohaterem dzisiejszej bajki jest doręczyciel przesyłek i paczek - czyli listonosz. Na czym polega jego praca, dowiecie się już za chwilę. Zapraszamy! 

"Listonosz"
Zawsze u Kuby wywoływało wielkie zdziwienie
tajemnicze listu w skrzynce się pojawienie.

Zajrzał rano i skrzynka na pewno była pusta.
Teraz jest list i Kuba zdziwiony aż otworzył usta.

Koperta nieduża na dnie skrzynki na listy leży,
a Kuba nadal w to wszystko nie wierzy.

List jest od babci, a babcia mieszka daleko.
Musiałby jechać przez lasy, łąki i płynąć rzeką.

A tak, nie musi już nigdzie daleko jechać,
wystarczy tylko na list w kopercie zaczekać.

Zapytał Kuba mamę jak to się z listami dzieje:
Czy listy pojawiają się kiedy wiatr mocny wieje?

Czy może same przylatują pod adres wskazany?
Na skrzydłach, albo mają magiczne dywany?

Listy dostarcza Pan Listonosz niestrudzony,
W swej torbie przez rok cały nosi listów tony.

Czy deszcz pada, czy jest straszna zawierucha,
Listonosz doręczy list nawet jak wiatr dmucha.

A gdy ma daleko do mieszkania adresata
jeździ rowerem lub autem, lecz na dywanie nie lata.

ZAWODY:
- lekarz [KLIK]

czwartek, 13 lutego 2014

Bajka o dzielnych ślimakach

rys. Olga /9 lat/

Nic nas tak nie cieszy, jak bajki napisane przez naszych Poczytników. Autorem dzisiejszej bajki jest 10-letni Olek, który od lat wspiera Bajeczną Fabrykę swoimi pięknymi opowiadaniami oraz wspaniałymi ilustracjami. Bajka o dzielnych ślimakach jest dowodem na to, że praca zespołowa i współpraca przynoszą świetne efekty. 

"Bajka o dzielnych ślimakach" 
Dawno, dawno temu w pewnym lesie żyły dwa ślimaki. Jeden nazywał się Gurgała, a drugi Bukała. Gurgała był żądny przygód i nieco szalony, Bukała zaś spokojny i zawsze świadomy sytuacji.
Pewnego razu w lesie znalazł się nowy ślimak.
Bukała zauważywszy go zapytał:
- Skąd jesteś?
A ten odpowiedział:
- Z pobliskiego lasu.
- A to dobrze - odparł Bukała nieświadomy tego, kto to tak naprawdę jest.
Był to bowiem jeden ze ślimaków, które uciekły przed francuskim kucharzem. Kucharz był bardzo przebiegły. Łapał trop każdego ślimaka. Nawet naszego ślimaka.

rys. Olga /9 lat/

Potem przyszedł Gurgała i zapytał:
- Kim jesteś?
- Jestem ślimakiem, który uciekł z rąk francuskiego kucharza – odparł tamten trochę zaniepokojony.
- A był ktoś z tobą?
- Tak. Było ze mną całe mnóstwo ślimaków.
- To uratujmy je – powiedział Gurgała.

rys. Olga /9 lat/

Gurgała, Bukała i ślimak poszli żeby uwolnić ślimaki. Wzięli ze sobą wielki nóż, żeby uwolnić je z siatki.
Gurgała próbował przeciąć siatkę, ale się nie udało. Bukała próbował i też nic. Ślimak próbował i też nic. Aż spróbowali razem... i udało się!
Uwolnili ślimaki i dostali nagrodę od ślimaczego króla, a zły kucharz już nigdy nie chciał gotować ślimaków. Wrócił do Francji i został wegetarianinem.

wtorek, 11 lutego 2014

Przygody krokodyla Felka

Czy krokodyle są według Was przerażające? My uważamy, że nie - choć oczywiście zalecamy ostrożność, jak w przypadku wszystkich dzikich zwierząt. Zdarzają się jednak takie zupełnie sympatyczne osobniki. Na przykład takie jak Felek - mały krokodyl, bohater dzisiejszego opowiadania.

fot. Ada
wykonanie Wiktoria 

"Przygody krokodyla Felka" 
Po drugiej stronie kuli ziemskiej, na złotym piasku wygrzewała się rodzina krokodyli. Gdy upał był nie do zniesienia krokodyle przenosiły się do pobliskiego stawu, by się ochłodzić. Najmłodszy z nich Felek nudził się tym wylegiwaniem i zniecierpliwiony przebierał łapkami. Takie leżenie wydawało mu się stratą czasu. Wpadł na pomysł, że kiedy rodzice utną sobie poobiednią drzemkę – on wyruszy na małą wycieczkę. Jak zaplanował, tak zrobił. Gdy rodzice drzemali Felek ruszył przed siebie. Minął stado bawołów, wylegującego się na piasku lwa, chwilę porozmawiał z mrówkojadem i nim się obejrzał znalazł się przy ocenie. Fale uderzały rytmicznie o brzeg, podmywając jego łapki.  Felek zobaczył coś bardzo wielkiego – domyślił się, że to statek, bo słyszał jak jego tata rozmawiał o nim z wujkiem Stefanem. Jeszcze bardziej zdziwili go ludzie, o których też tylko słyszał. Poruszali się na dwóch łapach, a w przednich nosili drewniane skrzynki z owocami. Felek słyszał o takich statkach, które przypływają po owoce, żeby zawieźć je w dalekie kraje, na drugą stronę kuli ziemskiej. Słońce świeciło, a upał był nie do wytrzymania. Felek rozejrzał się, szukając zacienionego miejsca. Bez rezultatu. Nie myśląc długo podreptał w stronę statku i po długim podeście wdrapał się na jego pokład. Spostrzegł skrzynkę z ananasami i postanowił położyć się między nimi i chwilę zdrzemnąć. Najpierw nie mógł zasnąć, bo za bardzo był zajęty obserwowaniem ludzi, ale po chwili poczuł przyjemne kołysanie i poczuł, że powieki same mu się zamykają. Krokodyl spał długo, na tyle długo, by statek przepłynął cały ocean i zawinął do portu po drugiej stronie kuli ziemskiej. Nawet nie zauważył, że skrzynia, w której się schował została przeniesiona przez ludzi do ciężarówki, która czekała na statek w porcie. Kiedy się zbudził nic nie zobaczył, bo wokół było ciemno. Postanowił więc zdrzemnąć się jeszcze chwilę. W końcu zbudziło go burczenie w brzuchu. Otworzył oczy. Coś mocno go oślepiło, ale nie było to słońce. Nad jego głową wisiała duża świecąca kula, a obok niego leżały stosy bananów, pomarańczy i ananasów. Wystraszył się i chciał uciec, ale owoce, które były obok niego ograniczały jego ruchy. Wtedy poczuł, że ktoś go chwyta i podnosi do góry. Najpierw chciał capnąć ostrymi ząbkami tego kogoś, ale po chwili zauważył, że to jakiś człowiek z okularami na nosie (Felek wiedział co to okulary, bo kiedyś kuzynka Mariola wyłowiła takie ze strumienia). Człowiek był bardzo zajęty stukaniem palcami w jakiś mały prostokątny przedmiot i chyba pomyślał, że Felek jest ananasem, bo jak gdyby nigdy nic włożył go do wielkiego kosza z zakupami. W pierwszej chwili Felek chciał się podnieść i dać człowiekowi do wiwatu, ale zdecydował, że schowa się między dziwne pakunki znajdujące się w wózku i będzie obserwował z ukrycia. Koszyk z minuty na minutę zapełniał się nowymi przedmiotami, przygniatając leżącego na dnie wózka Felka. Najdziwniejsze jest to, że zamyślony pan nie zauważył również Felka przy wykładaniu produktów na taśmę przy kasie. Felek uczepił się ananasa i jechał w kierunku dziwnego urządzenia wydającego tajemniczy odgłos: pik...pik...pik... Słyszał echo tych odgłosów, niestety tym echem było jego własne serce, które biło coraz szybciej, gdyż Felek nie wiedział, co go zaraz czeka. Jechał wraz z resztą rzeczy w kierunku wydawane dźwięku i nagle podjął szybką decyzję, zwinął się w kłębek i usiadł obok ananasa „skoro do tej pory nikt mnie nie zauważył, może i teraz się uda” – pomyślał Felek. Gdy był coraz bliżej tego co wydawało ten straszny dźwięk, nagle usłyszał głosy, to człowiek, który „wyłowił” Felka ze skrzyni zaczął rozmawiać z panią przy kasie. Już miało się stać coś strasznego, gdy nieświadoma tego co trzyma w dłoni kobieta, wbiła na kasę „ANANAS SZTUK 2” a Felek wylądował znów w koszyku, tym razem w jakimś foliowym worku. Chwilę później wózek wypełniony pakunkami ruszył. Felek przyglądał się mijanym przez niego ludziom. Wszyscy byli bardzo dziwnie ubrani. W zasadzie nie było widać ich skóry. Gdy wózek wyjechał z budynku w kierunku przestraszonego krokodylka zawiał lodowaty wiatr. Felek rozejrzał się dookoła. Wszędzie leżało mnóstwo czegoś białego. Przypominało mu wielkie morze białych piór. Niestety, nie miał zbyt dużo czasu by przyglądać się nowemu otoczeniu, gdyż wózek nagle się zatrzymał, Felek znów poczuł, że coś go podnosi i wylądował w ciemnym i dość niewielkim pomieszczeniu, nim zdążył się zastanowić co się stało, poczuł że się przemieszcza.

ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, 9 lutego 2014

Tęczowe rumaki

rys. Maja 

Co było pierwsze?
Bajka czy rysunek? 
Kto zgadnie? 
Bajka o tęczowych rumakach została napisana specjalnie dla Mai - wielbicielki kolorowych koni, mieszkanki pięknego Gdańska. Zainspirował nas piękny rysunek (zamieszczony powyżej) autorstwa Mai. 

„Tęczowe rumaki”
Maja mieszkała w starej, gdańskiej kamienicy z rodzicami i starszym bratem. Jej tata zbierał stare monety, brat modele czołgów a mama stare aparaty fotograficzne, zaś Maja godzinami rysowała konie. Jednak konie rysowane przez Maję to nie były takie zwyczajne konie mieszkające w stajni. Konie Mai miały skrzydła, dzięki którym mogły pofrunąć na drugą stronę tęczy. Wszystkie rysunki Maja wkładała do fioletowej teczki, którą każdej nocy, przed snem, chowała pod poduszkę, licząc, że skrzydlate konie odwiedzą ją chociaż w snach. Mijały kolejne noce i mimo że w snach Maja często gościła w krainie znajdującej się na drugim końcu tęczy, to jednak nigdy nie spotkała skrzydlatych koni. Jednak dziewczynka nie poddawała się i często dokładała nowe rysunki do swej fioletowej teczki. 
Pewnego bardzo szarego styczniowego dnia Maja narysowała wyjątkowo pięknego skrzydlatego konia. Tego wieczoru, wkładając teczkę pod poduszkę, bardzo mocno myślała o kranie po drugiej stronie tęczy. Mimo upływu czasu sen nie przychodził. Maja kręciła się, poprawiała poduszkę, zapalała i po chwili gasiła nocną lampkę. Bez rezultatu. Zrezygnowana usiadła na parapecie i zaczęła liczyć kamienie kostki brukowej. Nagle kostka brukowana pokryła się zieloną, wysoką trawą. Dziewczynka nie mogła uwierzyć własnym oczom. Już miała obudzić brata, by zapytać go, czy widzi to, co ona, gdy pojawiła się Fioletowa Wróżka, która zapytała dziewczynkę o jej największe marzenie. Maja bez chwili namysłu odparła, że najbardziej na świecie chciałaby wybrać się na przejażdżkę na grzbiecie skrzydlatego konia. Wróżka milcząco otworzyła okno i klasnęła w dłonie, a na zielonej trawie pojawiły się cztery skrzydlate konie. Zamiast szczupłego księżyca pojawiło się pyzate słońce, natomiast ciemne niebo pojaśniało, a wśród źdźbeł trawy rozkwitły stokrotki. Dwa fioletowe i dwa różowe konie stały w równym szeregu, prezentując swoje błyszczące skrzydła. Maja aż zapiszczała z radości, jednak Fioletowa Wróżka ostrzegła, iż dziewczynka nie może nikogo obudzić, bo zaczarowane konie mogą w każdej chwili zniknąć. Uśmiechnięta Maja obiecała, że będzie się zachowywać bardzo cicho. Dziewczynka podeszła do najmniejszego z koni i ostrożnie pogłaskała go po pysku. Po chwili nadleciała Fioletowa Wróżka, która zapytała Maję, czy chce wraz z nowymi skrzydlatymi przyjaciółmi polecieć na drugi koniec tęczy. Dziewczynka nie posiadała się ze szczęścia, gdyż takie właśnie było jej największe marzenie. Podczas gdy konie szykowały się do lotu, najmniejszy z nich opuścił grzbiet, by Maja mogła się na nim wygodnie usadowić. Gdy dziewczynka siedziała już wygodnie na grzbiecie konia, Fioletowa Wróżka ponownie klasnęła w dłonie, a na niebie ukazała się ogromna tęcza. Podekscytowana Maja zamknęła oczy i w myślach powtarzała wszystkie kolory tęczy, o jakich słyszała. Otworzyła ponownie oczy – rzeczywiście, tęcza, na którą wbiegały konie, miała takie kolory, o których wspominała pani w szkole. Nie była gładka tylko puszysta, a kopyta koni delikatnie się w niej zapadały. Konie gnały co sił w nogach, a Maja – bojąc się, że spadnie – kurczowo trzymała złotą grzywę konia, na którym siedziała. Gdy była na szczycie tęczy, miała wrażenie, że słońce jest na wyciągnięcie jej dłoni. Dziewczynce bardzo podobało się w powietrzu i chciała, by lot na drugi koniec tęczy trwał jak najdłużej. Jednak wkrótce konie zaczęły powoli zwalniać i dziewczynka zorientowała się, że zbliżają się do celu. Gdy wylądowali, Maja ostrożnie zeskoczyła z grzbietu konia, a jej oczom ukazała się magiczna kraina, którą już wielokrotnie odwiedzała w snach. Tymczasem skrzydlate rumaki pogalopowały w poszukiwaniu soczystej trawy. Gdy Maja bawiła się ze swoimi nowymi skrzydlatymi przyjaciółmi, nadleciała Fioletowa Wróżka. Dziewczynka zorientowała się, że jej przygoda powoli się kończy, jednak Wróżka obiecała, że wkrótce znów odwiedzą ją skrzydlate konie.
Tego ranka Maja obudziła się bardzo szczęśliwa, a na jej twarzy przez cały dzień gościł uśmiech. Z wielką radością zilustrowała swoją nocną przygodę, a gdy wkładała swój rysunek do teczki znalazła różdżkę, którą Fioletowa Wróżka zostawiła jej na pamiątkę.

rys. Olga /9 lat/ 

czwartek, 6 lutego 2014

Warzywniak - pietruszka


fot.WARZYWNIAK

Projekt WARZYWNIAK został powołany do życia przez Truskawką Anię oraz Zuzę Krynicką. Dziewczyny planują bawić się formą, strukturą i barwą. Chcą zbliżyć modę i kulinaria, promować sezonowe (i zdrowe!!!) produkty oraz kreatywne podejście do jedzenia i ubioru. W ramach tego projektu co miesiąc światło dzienne ujrzy inna część garderoby z warzywem/owocem jako motywem przewodnim. WARZYWNIAK zwrócił naszą uwagę i Bajeczna Fabryka przyłącza się dzisiejszą rymowanką do warzywno-owocowej zabawy. Każdego miesiąca opublikujemy wierszyk związany z głównym bohaterem tego cyklu. 
Szczegóły dotyczące projektu WARZYWNIAK, jak i jego kolejnych bohaterów znajdziecie na stronie www.warzywniak.eu oraz warzywniakowym fanpage’u.

"Pietruszka"

Z ziemi wystaje jakaś czupryna zielona.
Drobniutkimi listeczkami cała oblepiona.

Pociągnięta do góry krzyczeć nie próbuje.
Korzeń długi, szarobiały wnet się ukazuje.

W koszyku plecionym spokojnie się wyleguje,
Z ogromną ciekawością swego losu wyczekuje.

Po chwili do koszyka siostry jej trafiają.
Wszystkie identyczny kolor skóry mają.

Podobna do marchewki lecz nie taka sama.
Z wyglądu całkiem powabna jest z niej dama.

Dostojnie w koszyku wszystkie sobie leżą.
Ziemniaki na ich towarzystwo troszeczkę się jeżą.

Bo one takie zgrabne, powabne i pachnące.
A ziemniaki zwyczajnie bulwiaste i ręce brudzące.

Kalarepa rozsierdzona, złości się na całego,
Ze obok niej położyli kogoś tak bardzo chudego.

Kalafior się zezłościł i mruczy pod nosem,
iż za dużo miejsca zajmuje ktoś z tak bujnym włosem.

Nie da się jednak zarzucić pietruszce braku powabności.
I dlatego jako gwiazda lutego w warzywniaku gości.

***

Przed Wami pietruszkowa galeria przygotowana przez 
"Stokrotki" z Przedszkola nr 13 im. Jana Pawła II w Tarnobrzegu.