czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt


rys. Rakothka 
 
Drodzy! 
życzymy Wam 
radości i uśmiechów na twarzach
śniegu (!!!)
słodkiego zapachu piernika
jasnego blasku pierwszej gwiazdki
WESOŁYCH ŚWIĄT!

 "Wesołych Świąt"

Już na niebie gwiazda świeci
którą wypatrzyły dzieci
One wiedzą, że to znak
że wieczerzy przyszedł czas

W dłoniach już opłatek mamy
I życzenia Wam składamy
Zdrowia szczęścia i radości
Niechaj miłość u Was gości
Byśmy znowu się spotkali
Razem bajki odkrywali

A tymczasem Was tulimy
I Wesołych Świąt życzymy!


niedziela, 20 grudnia 2015

Przedświąteczne porządki


Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Zanim zasiądziemy przy świątecznym stole, musimy się odpowiednio przygotować. Jednym z przedświątecznych zwyczajów są wielkie porządki. Jednak nie wszyscy mają dość sił i potrzebują pomocy...

Przedświąteczne porządki

Grudzień to czas przygotowań do świąt. Jak co roku w domu Zosi już od pierwszych dni ostatniego miesiąca roku zaczęło się krzątanie i sprzątanie. Zosia mieszkała w niskim bloku, na starym osiedlu pełnym wielkich drzew. W tym samym budynku, na parterze, mieszkała pani Ludwika. Bardzo miła starsza pani, która często częstowała Zosię miętowymi cukierkami. Od jakiegoś czasu Pani Ludwika chorowała i rzadko wychodziła z domu. 

Pewnej soboty Zosi wpadł do głowy pomysł…
- Mamo, czy wszyscy robią przedświąteczne porządki? - zapytała mamę przy śniadaniu.
- Myślę, że tak. To już taka tradycja - odparła z uśmiechem mama.
- A jeśli ktoś jest chory? - dopytywała Zosia.
- Wtedy takiej osobie przydałaby się pomoc.
Mama popatrzyła w oczy Zosi:
- Masz kogoś konkretnego na myśli córeczko? – zapytała.
 Zosia skinęła głową:
- Pomyślałam o pani Ludwice z parteru. Ostatnio dużo choruje i chyba nie ma siły sprzątać…
Mama oczywiście przyznała Zosi rację. Zwłaszcza, że Pani Ludwika mieszkała sama i nie miał kto jej pomóc. Wspólnie postanowiły, że po obiedzie pójdą do sąsiadki i zapytają czy potrzebuje pomocy o pani Ludwice z parteru. Ostatnio dużo choruje i chyba nie ma siły sprzątać…

Pani Ludwika początkowo chciała odmówić, ale wtedy Zosia powiedziała:
- Kiedyś przewróciłam się na podwórku, a mama akurat była w sklepie i to pani mi pomogła, oczyściła ranę i przykleiła plaster. Wtedy ja potrzebowałam pomocy, a teraz chciałabym sama pomóc.
 - W takim razie to będzie dla mnie wielki zaszczyt – pani Ludwika mówiąc to uśmiechnęła się, a ukradkiem otarła łzę wzruszenia.

Czym prędzej zabrały się do pracy. Mama umyła okna, a w tym czasie Zosia wycierała kurze. Później dokładnie odkurzyły i zmyły podłogi - nawet w zakamarkach pod szafkami. Gdy skończyły obie były zmęczone, ale bardzo uradowane. A wzruszona Pani Ludwika zaprosiła Zosię wraz z mama na herbatę z konfitura i pierniczki.

Od tego czasu Zosia wraz z mamą odwiedzały Panią Ludwikę przynajmniej raz w tygodniu i pomagały w porządkach czy robieniu zakupów. Mama była bardzo dumna z tego, że ma taką mądrą i dobrą córkę.

Z tej krótkiej opowieści taki morał mamy:
Dobrze, gdy nie tylko o sobie pamiętamy!

Rozejrzymy się dookoła, czy ktoś pomocy nie potrzebuje.
Dobrym uczynkiem sprawimy, że z pewnością się uraduje!

niedziela, 6 grudnia 2015

List do Mikołaja


Piszecie listy do Mikołaja?
Bohaterowie naszego wierszyka - nieco psotne Krasnoludki, napisały...
Czy list dotarł do adresata i czy zasłużyły na prezenty?
Przekonajcie się sami! Miłej lektury. 

List do Mikołaja

Choć krasnoludki cały rok psociły,
To do Mikołaja napisać postanowiły.

Napisały list niedługi, całkiem krótki.
Taki jaki zwykle pisują krasnoludki.

Przeprosiły za psoty naszego Świętego,
Bo bardzo nie chciały dostać rózgi od niego.

Przypomniały też wszystkie dobre uczynki.
Na końcu narysowały symbol wesołej minki.

:)

Potem na pocztę szybciutko popędziły,
Nakleiły znaczki i list do skrzynki wrzuciły.

Czekały, czekały, długie ranki i popołudnia.
Aż nadszedł wreszcie 6 dzień grudnia.

Gdy krasnoludki wcześnie rano wstały,
Pod poduszką prezenty od Mikołaja czekały.

Podarunki krasnale bardzo uradowały.
Będziemy już zawsze grzeczne!!! – głośno obiecały!

środa, 25 listopada 2015

Dzień Pluszowego Misia 2015


25 listopada obchodzony jest Dzień Pluszowego Misia.
Jak co roku Bajeczna Fabryka przyłącza się do życzeń dla małych i dużych Pluszaków - nie tylko Misiów, ale wszystkich Waszych Pluszowych Przyjaciół. 
Zapraszamy Was do przyłączenia się do naszej zabawy na Facebooku (klik) - pokażcie zdjęcia Waszych Pluszowych Przyjaciół. 
Świętujmy Dzień Pluszowego Misia wspólnie!

Z tej okazji zapraszamy Was również do lektury wierszyka o misiach:


"Misiowy Król"

Pewnego dnia pluszowe misie zwołały zebranie.
Postanowiły się dowiedzieć, kto ich królem zostanie.

 Pierwszy zabrał głos miś Funiek i takie słowa wygłosił:
- Po co nam król właściwie? Żeby tylko koronę nosił?



Na to zareagowała piękna Misia z kokardą różową,
Twierdząc: „Moi mili korony są najnowszą modą!”



Zakurzony miś Teodor, zwykle siedzący w kącie cicho,
Przemówił: a kto to właściwie jest król? Co to za licho?



Na to miś Krzyś, znany z odwagi, krzyknął zuchwale:
- Misiowy król jest po to, by otwierał misiowe bale!



Miś Lucjan, nieco zakurzony, odezwał się z półki na górze:
- A ja tam myślę, że to jest wbrew misiowej naturze!


Przez wiele długich godzin wszystkie misie obradowały,
Lecz do porozumienia w tej kwestii dojść wcale nie umiały.

Aż z kąta, zza starej szafy, dobiegł ich głos cichutki.
Misie z początku myślały, że to może jakieś krasnoludki…

Okazało się, że to Uszatek - miś malutki w kącie schowany,
Tak przemówił do wszystkich misiów w pokoju zebranych:

- Czym prędzej zakończcie wszystkie spory i waśnie,
Wybory misiowego króla można włożyć między baśnie!

Od zawsze znana to prawda, wie to nawet najmniejsze dziecię,

Że każdy miś pluszowy najważniejszy jest na świecie!



Tak obchodziliśmy Dzień Pluszowego Misia w poprzednich latach (klik)

czwartek, 29 października 2015

Jesienny Ufoludek

Rys. Olek

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda jesień spoza Ziemi? Czy z kosmosu ktoś ogląda zmieniające się barwy naszej planety? Odpowiedź na te pytania znajdziecie w dzisiejszej bajce :) A Waszym towarzyszem w bajecznej lekturze będzie Sysek - mały zielony ufoludek!


Jesienny Ufoludek

W odległej galaktyce, na planecie, gdzie nie ma pór roku mieszkały małe zielone ufoludki. Każdego dnia najmniejsze ufoludki bawiły się w blasku gwiazd. Z północnego krańca planety było widać Ziemię. Od pewnego czasu ufoludek o imieniu Sysek obserwował pewien punkt na planecie Ziemia. Miejsce to co jakiś czas zmieniało swój kolor... Sysek każdego dnia zastanawiał się jak to możliwe, że Ziemia jest taka kolorowa. Pytał mamę i tatę, babcię i wujka, jednak nikt nie potrafił mu wyjaśnić tego dziwnego zjawiska. Pewnego dnia dorośli zdecydowali, że Sysek poleci na Ziemię i znajdzie rozwiązanie kolorowej zagadki. Sysek wsiadł do swojego kosmicznego spodka i wyruszył w daleką drogę. Za miejsce lądowania obrał punkt, który do tej pory obserwował. Okazało się, że wylądował w środku wielkiego, miejskiego parku. 
Sysek wysiadł ze swojego statku i ciekawie rozglądał się dookoła. Z każdą minutą coraz szerzej otwierał oczy ze zdziwienia. Jak to możliwe, że liście na tych ziemskich drzewach są takie kolorowe? Gdy tak myślał, nie zauważył, że w pobliżu przystanęła grupka dzieci, które zaczęły mu się przyglądać. W końcu usłyszał głos jakiejś dziewczynki:
- Patrzcie tam! Jakiś zielony stworek! O tam! Pod drzewem!
Sysek czym prędzej postanowił się ukryć i zanurkował w stertę leżących pod drzewami liści. Jednak dzieci pobiegły za Syskiem i wkrótce jego kryjówka została odkryta. Mały ufoludek bardzo się przestraszył i zdołał tylko powiedzieć:
- Nie róbcie mi krzywdy.
Następnie bardzo mocno zacisnął powieki. Miał nadzieję, że w ten sposób dzieci znikną, a on znajdzie się z powrotem na swojej planecie.
Po chwili poczuł przyjemne łaskotanie w ręce. Okazało się, że jedno z dzieci zaczęło go głaskać mówiąc:
- Nie bój się. Pobaw się z nami jesienny ludku.
„Jesienny ludek?” – pomyślał Sysek. „Ciekawe dlaczego tak mnie nazwała” – ufoludek spojrzał na siebie i zrozumiał. Od stóp po czubek zielonej antenki obklejony był kolorowymi listkami.
Widocznie te kolorowe liście mają coś wspólnego z jesienią. Tylko co to jest jesień? - zastanawiał się Sysek. Nie było innej rady - ufoludek postanowił zapytać dzieci.
- A co to takiego jesień? Czy to jakaś pani, która koloruje liście na drzewach?
Dzieci popatrzyły po sobie zdziwione…
- Jak to? Ty jesienny ludku nie wiesz co to jesień?
Sysek chwilę pomyślał. Wiedział, że nie może się ujawnić, że tak naprawdę jest ufoludkiem. Powiedział więc:
- No wiem, wiem, ale chciałbym sprawdzić, co dzieci o niej wiedzą!
Dzieci niewiele myśląc zaczęły się przekrzykiwać:
- Jesień to jedna z pór roku!
- Jesienią zbieramy kasztany i kolorowe liście!
- A z kasztanów robimy kasztanowe ludki!
Od nadmiaru informacji Syskowi zaczęło się kręcić w głowie. Do tego jeszcze powiało zimnym wiatrem i zaczął kropić deszcz…
- No właśnie! Taka jest jesień – powiedział jeden z chłopców, naciągając na głowę kaptur.  – Pogoda się zmienia i robi się coraz zimniej, a do tego często pada deszcz.
Sysek zauważył, że kolorowe liście zaczęły się od niego odklejać. Nie chcąc zdradzać swojej prawdziwej tożsamości czym prędzej znowu zakopał się w pobliskiej kupce liści. Myślał, że dzieci już sobie poszły, te jednak zaczęły go wołać:
- Jesienny ludku chodź do nas!
- Poskaczemy razem przez kałuże!
Sysek wyjrzał spod liści i zobaczył, że dzieci wcale nie boją się deszczu. Po chwili skakał już razem z nimi.
Bawili się długo. Dzieciom co jakiś czas przypominało się jeszcze, że: mówi się o jesieni, że jest złota, jesienią zbiera się grzyby, czasem rano są przymrozki, a czasem to w ogóle pada śnieg. Opowiadały też Syskowi, że wczesną jesienią zbiera się na polach, ogrodach i w sadach warzywa i owoce, a zwierzęta zaczynają się szykować do zimowego snu, a niektóre ptaki odlatują w inne rejony żeby tam przeczekać zimny czas.
Sysek słuchał wszystkiego z zapartym tchem i starał się zapamiętać jak najwięcej.
Gdy przestał padać deszcz, dzieci zaczęły zbierać kasztany i żołędzie. Wytłumaczyły Syskowi, że zrobią z nich kasztanowe ludziki. Ufoludek postanowił, że zabierze kilka kasztanów na swoją planetę. Kiedy kieszenie dziecięcych kurtek zostały już wypełnione kasztanami, dzieci zaczęły zbierać kolorowe liście. Zdziwionemu Syskowy wytłumaczyły, że zrobią z nich piękne bukiety.

Czas mijał nieubłaganie i dzieci musiały już wracać do domów. Pożegnały się z jesiennym ludkiem i ruszyły przez park. Sysek długo machał im na pożegnanie, a kiedy zniknęły już z pola widzenia strząsnął z siebie kolorowe liście.
Zebrał jeszcze kilka liści i kasztanów na pamiątkę, po czym wsiadł do swojego statku i odleciał. Chciał jak najszybciej opowiedzieć mieszkańcom swojej planety o tej kolorowej porze roku jaką jest jesień.

środa, 30 września 2015

kasztanowa gąsienica


z drzewa kolczaste piłeczki pospadały
swe skorupki o ziemię roztrzaskały
ze skorupek wypadły kasztany brązowe
zebrały się gęsiego i popełzły w  nieznaną stronę



Potrzebne materiały:

- kasztany w ilości dowolnej 
(wiadomo, im więcej, tym gąsienica będzie dłuższa 
- nasza liczy 26 kasztanowych segmentów :))
- sznurek
- flamaster


Wykonanie:

Z pomocą dorosłych wydrążamy szpikulcem otwory w każdym kasztanie i nawlekamy jeden po drugim. Koniec sznurka zabezpieczamy supełkiem, by kasztany nie uciekły ze sznurka:) Ostatni kasztan, który posłuży za głowę gąsienicy, przekłuwamy wzdłuż i nawlekamy do pozostałych kasztanów. Flamastrem malujemy buzię gąsienicy i gotowe:)


Nasza rada:

Ostrą igłę można zastąpić wykałaczką do której mocno przywiązujemy sznurek.

środa, 23 września 2015

Dzień Spadającego Liścia

Rys. Ewa

Z okazji dzisiejszego Dnia Spadającego Liścia i pierwszego oficjalnego dnia jesieni, aby rozchmurzyć Wam troszkę buzie zapraszamy na bajkę o liściach. Spadających liściach!


Marysia to urocza rudowłosa dziewczynka o bystrym błękitnym spojrzeniu i wspaniałej wyobraźni. Marysia ma 5 lat, ale czuje się już dużą dziewczynką. Pomaga mamie w kuchni przy pieczeniu ciasteczek, choć więcej zjada niż wykraja nowych. Pomaga tacie, gdy ten próbuje naprawić samochód, choć wciąż nie wie, który to klucz francuski, a który nasadowy. A wieczorami czyta bajki swojej małej siostrzyczce Malwince, choć zawsze w połowie zasypia. Marysia jest na ogół energiczną dziewczynką i dzięki swojej wyobraźni nigdy się nie nudzi. Czasem tylko jak jest chora, to opada z sił, a entuzjazm uchodzi z niej niby powietrze z maleńkiej dziurki przedziurawionego balonika...
Tamtego dnia była właśnie chora i nie miała na nic sił. Opatulona w ciepły wełniany sweterek w groszki, owinięta szalikiem pod same uszy i zatopiona w miękkim kocu siedziała z brodą na parapecie i obserwowała niezadowolona pierwszy oficjalny dzień jesieni. Od tygodnia było już zimno i bardzo wietrznie, a na domiar złego co dwa dni lało jakby się wszystkie aniołki zebrały i chciały sobie zrobić basen na ziemi.
Marysia była chora już od dwóch dni. Mama karmiła ją bułeczkami z miodem i poiła syropkiem z cytryny i czosnku – przedziwnej, przeohydnej i przebrzydłej mieszanki. Smarowała plecki maścią rozgrzewającą i przykrywała kocem. Marysia siedziała w dużym pomarańczowym fotelu i obserwowała świat za oknem.
Na podwórku przed domem rosło bardzo wysokie, bardzo rozłożyste i bardzo liściaste drzewo. Marysia nie wiedziała, co to za drzewo, ale zawsze bardzo je lubiła. Oglądała to drzewo ze wszystkich stron już sto razy i znała je praktycznie na pamięć.
Drzewo nie wyglądało najlepiej. Większość liści uschła i ledwo wisiała na swoich ogonkach. Większość nabrała już tej brzydkiej barwy o nazwie buro-brązowo-blech. Niektóre już pospadały i tworzyły bury dywan na ziemi wokół drzewa. Inne chwiały się niepewnie, jakby zastanawiały się, czy spaść teraz, czy może za chwilkę. Marysia obserwowała drzewo bez większego zainteresowania.
Gdy pierwszy listek z samego czubka drzewa został zdmuchnięty przez wiatr i poszybował hen do góry, a później zdecydowanie zbyt szybko w dół, Marysia nie zauważyła nic nadzwyczajnego. Kolejny liść, pękaty niczym wielki brzuch Pana Janka Gazeciarza, spadał "brzuszkiem" do góry, a zewnętrzne jego krawędzie głaskały się po nim z upodobaniem. To Marysia już zauważyła i poczuła przypływ zainteresowania. Zaczęła baczniej przyglądać się swojemu drzewu. Myślała, że zna je na pamięć! Że nic jej nie zaskoczy!
Po kilkunastu minutach obserwacji Marysia zauważyła, że tylko liście spadające z samego czubka drzewa wywijały jakieś dziwne akrobacje. Pozostałe spadały jak na normalne liście przystało – odrywały się od gałązki, leciały w dół, lądowały na kupce innych liści, koniec. A te z góry? Wydawało się, że są jak dzieci na zjeżdżalni na basenie – każde chce zjechać w bardziej wymyślny sposób niż poprzednik! I tak właśnie było.
Marysia patrzyła już na jeden jedyny żółtozłoty listek, który oderwał się od gałązki, rozpostarł szeroko, a potem w mig zwinął się w rulonik i opadł. Inny z kolei spadając okrążył całe drzewo! Jeszcze inny pokonał labirynt gałęzi, gałązek i gałązeczek i pokazał się dopiero tuż nad ziemią.
Jednak to było jeszcze nic zadziwiającego w porównaniu z tym, co Marysia miała ujrzeć później. Otóż później zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe. Niewyjaśnione! Bo na przykład, trzy jeszcze w połowie zielonkawe listki odbiły się od czubka drzewa i spadały trzymając się za ogonki, niczym za rączki! Albo inny listek – taki koloru bliżej nieokreślonego brązowawego – spadał bardzo szybko w dół, ale tuż nad ziemią zatrzymał się i zawisł w powietrzu na kilka sekund, po czym bardzo delikatnie spoczął na ziemi. To było niesamowite!
Po chwili Marysia przetarła ze zdziwienia oczy. Obiema rączkami. Mocno. "Czy ten liść naprawdę do mnie pomachał?". Otóż z samego czubka drzewa leciał właśnie mały kolorowy listek i machał do Marysi siedzącej w oknie, z nosem wciśniętym w zaparowaną szybę. Machał swoim ogonkiem jak rączką i uśmiechał się. Marysia odmachała niepewnie nie będąc pewną, co się właściwie wydarzyło.
Po machającym listku nie spadł już żaden liść tego dnia. Marysia czekała i czekała, ale na próżno. Gdy później opowiedziała całą historię babci Lusi, dopiero ona wyjaśniła, co tak naprawdę się wydarzyło. Okazało się, że drzewo na ich podwórku to prastary pradawny ambrowiec balsamiczny, który jest magiczny. Magiczny! Co roku bowiem, pierwszego dnia jesieni, liście robią pokaz dla domowników, aby umilić im zakończenie lata.

„A myślałam, że znam moje drzewo na pamięć. I że niczym mnie nie zaskoczy!”, wykrzyknęła zachwycona Marysia i wybiegła na dwór utulić swoje wyjątkowe drzewo.

poniedziałek, 21 września 2015

Kretowisko


Pewnie doskonale wiecie co przedstawia zdjęcie? 
Tak, to tytułowe kretowisko. 
Jednak mała Klara - bohaterka dzisiejszego wierszyka nie wiedziała, ale na szczęście wszystko wyjaśnił jej starszy brat. 

Wybrała się mała Klara późnym latem. 
Na pieszą wycieczkę - z tatą i bratem. 

Gdy dotarli na łąkę, kocyk rozłożyli.
Klara i brat nie tracili jednak ani chwili. 

Zostawili tatę z nosem w ciekawej książce
I sami wyruszyli na spacer po łączce. 

Brat Klary zauważył dwa piękne motyle. 
Przypatrywali im się wspólnie chwilę. 

Klara barwami motyli się zachwyciła. 
Aż nagle coś dziwnego na łące zobaczyła. 

Dziwne kopce tu i ówdzie się piętrzyły. 
"Cóż to takiego, mój braciszku miły?"

"Chodźmy, przyjrzyjmy im się z bliska, 
Coś mi się zdaje, że to są kretowiska"

Klara nigdy w życiu kreta nie widziała. 
Szczerze mówiąc nigdy o nim nie słyszała. 

Lecz brat, co dużo już o świecie wiedział. 
Wszystko o krecie jej opowiedział. 

O tym, że korytarze pod ziemią zamieszkuje. 
A kopiąc je kretowiska właśnie wykopuje. 

Gdy wrócili do taty, Klara na kocu się położyła
I domek kreta w środku sobie wyobraziła. 

Rys. Olek









wtorek, 15 września 2015

Dzień Kropki

Rys. Olek

W ramach Międzynarodowego Dnia Kropki, który wypada właśnie dzisiaj (15 września), zapraszamy Was na bajkę o Kropce :) I o jednym bardzo ważnym dniu jej życia :)


Za dużym paragrafem i malutkim paragrafikiem, za wielobarwną metaforą i rozłożystą hiperbolą, na skraju pastelowego lasu istniała Kraina Zapisana Gęsim Piórem. W krainie tej roiło się od zdań i słów, półsłówek i cytatów, wielokropków i przecinków. Cała kraina upaćkana była w atramencie, a jej mieszkańcy byli pięknie wykaligrafowani. Każdy równiutki, od linijki do linijki. Każdy dostojny i zadbany niczym pawie pióro do pisania. Każdy mieszkaniec był idealny.
Ot, prawie każdy. Bo widzicie, Drodzy Poczytnicy, w krainie tej żyła również mała niezbyt ładna kropka. Kropka ta była mniejsza od ziarnka maku i przez to zupełnie niedoskonała. Kropka nie miała przyjaciół ani rodziny, bo w młodym wieku zagubiła się na końcu pewnego zdania. Pamięta do dzisiaj jak przyszedł Wielki Don Korektor w zielonej koszuli z białym kołnierzykiem i sprawił, że zniknęła. Ot tak! Zniknęła…
Gdy się ocknęła była wiele paragrafów od domu i nie potrafiła wrócić. Tułała się długo. A to w jednym zdaniu, a to w drugim. A w jeszcze innym zamieniono ją na pytajnik! Z każdego z tych zdań uciekała szukając jakiejś bratniej duszy. Gdyby Główne Zasady kiedykolwiek przyłapały ją na bezkarnym przycupnięciu tu i ówdzie bez sensu i poszanowania dla Wielkiej Matki Gramatyki, to miałaby Kropka bardzo duże kłopoty. Bardzo duże! Ale na szczęście, choć nasza Kropeczka nie była najpiękniejsza, to na pewno była najmądrzejsza i wiedziała jak być ostrożną. Podczas swojej drogi Kropka przepłynęła Rzekę Bzdur, przeszła Góry Esejowe, przekradła się przez Ogród Poezji Śpiewanej i dopiero niedawno trafiła do Centralnego Wątku, gdzie miała nadzieję odnaleźć rodzinę.
Szukała i szukała, ale znaleźć nie mogła. Pewnego dnia zmęczona i załamana usiadła na pergaminowym schodku, a łzy same popłynęły jej z oczu. Obok niej przeszło wiele pogrubionych liter, wiele przekreślonych wyrazów i znaków zapytania, za którymi biegły zdenerwowane wykrzykniki, ale żadne z nich nie zwróciło uwagi na płaczącą na pergaminie Kropkę.
Tamtego dnia los jednak sprawił, że zupełnie zmienioną trasą w odwiedziny do ojca pracującego w Fabryce Słów szedł Przecinek. Spojrzał na Kropkę i nie myśląc długo przysiadł się do niej i objął ramieniem. Kropka podniosła załzawione oczka i uśmiechnęła się słabiutko. Potem rozmawiali długie godziny przerywane tylko na chwilę, kiedy to Przecinek przynosił muffinki z pyłu logicznego lub napój atramentowy.
Przez ostatnią godzinę, pochłaniając zachłannie jaskrawożółtego lizaka flamastrowego, Kropka opowiadała o swojej rodzinie, o tym jak zaginęła i o swoich przygodach w drodze powrotnej. Przecinek wysłuchawszy historii do końca chwycił Kropkę za maleńką rączkę i pognali w stronę Fabryki Słów. Historia o zaginięciu, którą właśnie usłyszał była mu bardzo dobrze znana! Tata Przecinka często opowiadał mu o rodzinie Wielokropków, która straciła swoją jedyną córeczkę i nigdy nie porzuciła nadziei, że ją odnajdą. Szukali w każdej wolnej chwili i w każdym zakurzonym kącie.
Gdy Przecinek otworzył drzwi, a te z impetem trzasnęły głośno o ściany, wszyscy pracownicy Fabryki Słów spojrzeli w ich stronę. Rodzina Wielokropków również. Dosłownie pół sekundy zajęło im zorientowanie się, kto stoi w drzwiach. Pani Wielokropkowa oderwała się od męża i pobiegła w ich stronę płacząc z radości. Po chwili Pan Wielokropek zrobił to samo. Kropka, maleńka jak maczek, stała nie mogąc nawet zamknąć buzi z wrażenia. Po kilku najdłuższych sekundach w jej życiu czuła ciepłe i mocne objęcia mamy i taty, których już nigdy nie chciała opuszczać. Była szczęśliwa. A Przecinek stał obok i był uradowany, że pomógł swojej nowej przyjaciółce.
To był piękny dzień dla Kropki. Nie dość, że zyskała przyjaciela, to jeszcze odzyskała swoją rodzinę. I wszystko wydarzyło się jednego dnia!
Zatem pamiętajcie, Drodzy Poczytnicy, czasem tylko jeden dzień może odmienić Wasze życie. Jeden dzień! Wypatrujcie go :-)

wtorek, 1 września 2015

Nauczyciel

Rys. Olek /11 lat/

W cyklu ZAWODY prezentujemy dzisiaj jakże ważny zawód - nauczyciel! Na pewno każdy z Was, drodzy Poczytnicy, ma swojego ulubionego nauczyciela lub miał - w przypadku tych całkiem już dorosłych Poczytników :) Dzisiejszym wierszem chcielibyśmy podziękować wszystkim nauczycielom! Za ich ciężką pracę, za serce do rozrabiaków i za wspaniałą wiedzę, którą się z nami dzielą. Pamiętajcie! Nauczyciele są jak drudzy rodzice - jeśli będziecie chcieli, nauczą Was wiele - więc szanujcie ich, doceniajcie i korzystajcie z ich wiedzy :)

Wszystkim Nauczycielom i Uczniom, szczególnie tym, którzy dzisiaj rozpoczynają swoją przygodę ze szkołą czy przedszkolem, życzymy samych sukcesów w roku szkolnym 2015/2016!

"Nauczyciel" 

Kiedy Asia była zupełnie mała,
Nauczycielką zostać chciała.

Czego by miała uczyć, nie wiedziała,
Ale takie marzenie właśnie miała.

Potem w szkole dzielnie się uczyła.
Wzorową uczennicą co roku była.

Wyróżnienia różne dostawała
I kolejne nagrody zdobywała.

Do wyboru miała studia liczne.
Wybrała wymarzone – pedagogiczne.

Latami się Asia dzielnie uczyła,
By z dziećmi pracować - o tym marzyła.

Aż przyszedł dzień najważniejszy.
Na kalendarzu, we wrześniu pierwszy.

Dzieci do szkoły zmierzają radośnie,
A Asi aż serce ze stresu rośnie.

Łezka wzruszenia w oku się zakręciła,
Gdy swoją pierwszą klasę zobaczyła.

Twarzyczki uśmiechnięte od ucha do ucha,
Od razu z gardła zniknęła strachu klucha.

Tak zaczęła się jej zawodowa kariera.
Asia wyrosła na wspaniałego nauczyciela.

A że na żaden przedmiot się nie zdecydowała,
Będzie w klasach 1-3 maluchy nauczała.

sobota, 29 sierpnia 2015

Drożdżówki



Foto. Bajkorada (KLIK)

W naszym cyklu śniadaniowym pachnie dziś niesamowicie. Właśnie z piekarnika wyjęliśmy pachnące drożdżówki. Lubicie? Bo my, tak jak Martynka - uwielbiamy!

Drożdżówki

Przybiegła Martynka z uśmiechem do kuchni.
W nocy jej się śniły przepyszne drożdżówki.

Mamo! Mamo! – od progu głośno zawołała.
Tak bardzo drożdżówki zjeść bym dzisiaj chciała!

Słysząc to, mama chwileczkę się zastanowiła.
Drożdże wyjęte z lodówki na stole postawiła.

I szybko w garnuszku masło rozpuszczała.
W tym czasie Martynka resztę przygotowała.

Drożdże z mlekiem i cukrem wymieszała.
Z napięciem wielkim, aż urosną, czekała.

Do dużej miski, jajka, mleko, cukier i mąkę wrzuciła.
Dodała masło i wszystko z rozczynem połączyła.

Potem długo, z zapałem rączkami ciasto wyrabiała
A kiedy troszkę podrosło, w drożdżówki uformowała.

Mama zrobiła kruszonkę i owoce przygotowała.
Martynka nimi pięknie słodkie bułeczki poozdabiała.

W końcu klasnęła w dłonie z przeogromnej radości,
Widząc, jak w piekarniku drożdżówki pięknie wyrosły.

Teraz siedzą z mamą i pyszne drożdżówki zajadają.
A Martynka się śmieje, że sny się czasem sprawdzają.


środa, 26 sierpnia 2015

Nieszczęśliwy wypadek


Wszystkie dzieci uwielbiają się bawić, rozrzucając swoje zabawki gdzie się da :) Lubimy jak dzieci są roześmiane i swobodne, jak nic ich nie ogranicza. Ale pamiętajcie, drogie dzieci, że po każdej zabawie należy swoje rzeczy posprzątać i schować. To ważne! A już mały Ignaś z naszej dzisiejszej bajki wyjaśni Wam dlaczego. Koniecznie przeczytajcie!

"Nieszczęśliwy wypadek"

Mały Ignaś uwielbiał bawić się samochodzikami. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że najbardziej lubił kolorowe resoraki. Często ustawiał je w równiutkim rządku pod ścianą, tworząc kolorowy szpaler. Potrafił godzinami układać autka w równych rzędach, tworząc wypełniony po brzegi parking. Resoraki chłopca były wszędzie - pod łóżkiem, za szafką, pod stołem, na krześle, na schodach, w doniczkach, na regale, w wannie, na parapecie. Bardzo często mama znajdowała samochodzik, wyjmując pranie z pralki. Zdarzyło się również, że Ignaś pozostawił jeden ze swoich samochodzików w lodówce, koło słoika dżemu. Wielokrotnie tata w teczce, którą zabierał do pracy, znajdował czerwonego mercedesa lub białego forda. Rodzice każdego dnia dziesiątki razy powtarzali, by Ignaś chował wszystkie resoraki do kupionych w tym celu kolorowych pudełek. Chłopiec nie słuchał rodziców i nadal zostawiał samochodziki w nieładzie. Nie pomagały prośby, groźby ani kary. Ignaś nie zmienił swojego zachowania nawet wtedy, gdy poślizgnął się na jednym z samochodów "zaparkowanych" koło łóżka i nabił sobie wielkiego guza.
Pewnej soboty chłopiec urządzał rajd kilkudziesięciu pojazdów. Samochody zmieniały swoje położenie w błyskawicznym tempie. Przemieszczały się po kuchni, salonie i przedpokoju z zawrotną prędkością. Kilka z nich zakończyło ten szaleńczy wyścig, wpadając na ścianę. Dwa z nich wjechały w mamę. Ignaś bawił się w najlepsze, gdy z zakupów wrócił tata. Wnosząc zakupy do kuchni nie zauważył, że w progu znajduje się samochodzik. Tata nadepnął na samochodzik i w tym momencie runął jak długi. Zakupy rozsypały się po podłodze. Mama podbiegła do taty i złapała się za głowę. Tata nie wstawał, leżał na podłodze i wił się z bólu. Ignaś przerażony nie ruszał się z miejsca. Po chwili mama poszła do kuchni, by porozmawiać z kimś przez telefon. Po kilkunastu minutach w progu mieszkania pojawili się dwaj panowie w białych fartuchach i z czerwonymi noszami. Jeden z mężczyzn obejrzał nogę taty i stwierdził, że prawdopodobnie jest złamana, w związku z czym tata musi pojechać z nimi do szpitala. Ponieważ tata nie mógł wstać, sanitariusze wynieśli go z domu na noszach. Ignaś zdążył jeszcze zobaczyć przez okno w kuchni odjeżdżającą karetkę. Gdy zrozumiał, że tata złamał nogę z powodu jego samochodzika rozpłakał się. Pobiegł do pokoju i ze złością kopnął w czerwonego resoraka. Mama podeszła do chłopca, przytuliła go i wzięła na kolana:
- Synku, mam nadzieję, że od dzisiaj sam będziesz dbał o to, by samochodziki wracały na swoje miejsce. Jak widzisz, zostawienie ich w nieodpowiednim miejscu jest bardzo niebezpieczne.
- Mamusiu, ale ja nie chciałem... - wyszeptał chłopiec.
- Ależ oczywiście, że nie chciałeś - powiedziała mama - i tatuś dobrze o tym wie - dodała.
- Kiedy zobaczę tatę? - zapytał Ignaś.
- Przebierz się i umyj buzię, od razu do niego pojedziemy - odpowiedziała mama.
Gdy dojechali do szpitala tata już na nich czekał. Na prawej nodze miał założony gips. Na widok taty z nogą w gipsie Ignaś znowu się rozpłakał. Mocno przytulił się do taty i zaczął go przepraszać. Tato, podobnie jak wcześniej mama, powiedział chłopcu, że to nie jego wina, bo to był nieszczęśliwy wypadek. Na szczęście tato nie musiał zostać w szpitalu i razem z mamą oraz Ignasiem wrócił do domu.
Od tego dnia wszystkie samochodziki po zakończonej zabawie trafiały do kolorowych pudełek. Taty noga zrosła się szybko i po kilku tygodniach gips zniknął z jego nogi. Na pierwszy spacer tata i Ignaś wybrali się na lody, a podczas tego spaceru rozmawiali o prawdziwych samochodach, jeżdżących po ich mieście, a nie o ich miniaturkach.    

sobota, 22 sierpnia 2015

Kierowca autobusu

Rys. Olek

W naszym cyklu "zawody" przedstawiamy dzisiaj ciężki i bardzo odpowiedzialny zawód jakim jest kierowca autobusu. 
Dziękujemy wszystkim kierowcom, dzięki którym bezpiecznie możemy podróżować. 

Zawód "Kierowca autobusu"

Janek mieszka na wsi i dojeżdża do szkoły.
Lecz wcale go to nie martwi i jeździ wesoły.

Kuba mieszka w mieście z wieloma ulicami,
Ale też się nie zamartwia do szkoły dojazdami.

Dla nich dojazdy dalekie to sama przyjemność,
Nie straszna jest im nawet w tunelach ciemność.

Siedzą sobie wygodnie na miękkich siedzeniach.
Patrzą przez okno, często zatopieni w marzeniach.

Spoglądają jak za oknami drzewa przemykają,
Jak budynki i okolice, szybko się zmieniają.


Rys. Ewa (4,5)

Codziennie, na pożegnanie, mamom całusa dają,
Po czym do niego wsiadają i do szkół wyruszają.

Wsiadają do autobusu, gdzie wszystko się zmienia,
Można przeżyć tam przygody, lepsze niż marzenia.

Lecz tylko w wyobraźni, bo przemiły autobusu kierowca,
Czuwa nad bezpieczeństwem każdej dziewczynki i chłopca.

Ostrożnie pokonuje każdy kilometr dojazdowej trasy,
Uważając na inne samochody, zwierzęta i pełne drzew lasy.

A po lekcjach, tą samą drogą, znów z kierowcą wracają.
I każdego dnia, na pożegnanie, rączkami mu machają.

Wracając do domu z przystanku autobusowego,
Rozmyślają, co wydarzy się jutro w drodze ciekawego.

środa, 19 sierpnia 2015

Wakacyjna wyliczanka


Większość z nas ma już za sobą wakacyjne wyjazdy i zapewne moc wspomnień z nimi związanych. Wakacje  na szczęście jeszcze trwają, korzystajmy więc z nich i cieszmy się słońcem, kontaktem z przyrodą i zabawami na świeżym powietrzu. 
Wakacyjny wierszyk nadesłała do nas p. Iwona Pietrucha - serdecznie dziękujemy!

"Wakacyjna wyliczanka"

Każdy człowiek, mały, duży,
Wie do czego lato służy.
Wie od czego są wakacje,
Jakie niosą nam atrakcje.

Lecz czas leci, świat się zmienia.
Pozostają więc wspomnienia.
Otwórz album ze zdjęciami
I wspominaj razem z nami.

Urlop z wodą preferujesz?
Więc nad morze podróżujesz,
Lub nad rzekę czy jezioro.
Tam słoneczka czeka sporo.

Jak z przyrodą kontakt bliski,
Pakuj w góry swe walizki.
Żeby w lesie, na polanie
Pod namiotem mieć mieszkanie.

Jeśli uciec chcesz od miasta,
Zmykasz na wieś -  no i basta! -
By na wiejskim tam podwórku
Liczyć piórka żółtym kurkom.

Możesz jeszcze gdzieś na łące,
Poprzyglądać się biedronce.
Albo zabrać dziadka Tadka
I pozbierać w sadzie jabłka.

Jeśli w mieście spędzasz lato -
Jest i  rozwiązanie na to.
Na plac zabaw idź z kolegą
Bo plac przecież jest od tego.

Tam zjeżdżalnie są, huśtawki,
Z piasku babki i zabawki.
W parku też czeka zabawa:
Rolki, rower – świetna sprawa.

Wybór masz a więc nie zwlekaj.
Wszędzie wiele przygód czeka.
Bo wakacje są od tego,
Byś wspomnienia miał kolego!

środa, 1 lipca 2015

Lato

rys. Ewa (l. 4,5)
Lato rozgościło się już u nas w najlepsze. Nadszedł czas wyjazdów i odpoczynku. 
Mamy nadzieję, że pogoda i dobry humor będą wszystkim dopisywać.
Życzymy udanych wakacji.
Letni wierszyk przesłała do nas p. Iwona Pietrucha. Serdecznie dziękujemy!

"Lato"

Przyszło nareszcie lato kolorowe,
A z nim wakacje – beztroski czas.
Jedziemy w góry albo nad morze,
Cieszy się bardzo każdy z nas.

Będziemy biegać, kąpać się w rzece,
Mamy nie muszą wcześnie budzić nas.
Czeka zabawa, śmiechy radosne.
Łąka i morze, góry i las.

W górach będziemy szczyty zdobywać,
Z plecakiem pełnym marzeń gnać.
Na leśnych polanach odpoczywać
Jagody zbierać, w zielone grać.

Nad morzem muszle szumiące zbierać,
Na łąkach wianki z kwiatów pleść.
Wieczorem po piasku gorącym biegać,
I smaczne gofry z polewą jeść.

Nie mijaj zbyt szybko lato kolorowe,
Trwajcie wakacje – beztroski ten czas.
Jedziemy w góry albo nad morze,
Cieszy się bardzo każdy z nas.

Rys. Ewa (l. 4,5)

piątek, 26 czerwca 2015

Kwiaciarka

 rys. Kuba


Stęskniliście się już może za naszym cyklem ZAWODY? Jeśli tak, to spieszymy tę tęsknotę zaspokoić! :) Dziś przedstawiamy Wam kwiaciarkę. Jedyną osobę na całym świecie, która potrafi z kwiatów, trawek i listków wyczarować najpiękniejsze bukiety i wiązanki!

"Kwiaciarka"

Agata rozmawiała ze swymi rodzicami:
Chciałabym kiedyś pracować z kwiatami.
Chciałabym otoczona być kwieciem,
To by było najlepsze na świecie!
Te wszystkie kolorowe kwiaty kwitnące,
A z nich przepiękne bukiety pachnące.
Sposób znam na to – rzekł tata Agaty,
Można układać i sprzedawać kwiaty.
Nie ma znaczenia czy duże, czy małe.
Mogą być przeróżne i cięte, i całe.
W doniczkach, bukietach i wianuszkach.
Możesz być niczym kwiatowa wróżka!
Możesz je układać, formować, związywać.
Będziesz się florystką lub kwiaciarką nazywać.
To jest zadanie dla mnie stworzone,
Będę więc kwiaciarką, to nieuniknione!

wtorek, 16 czerwca 2015

Rogaliki maślane

Foto Bajkorada (klik)

W ramach śniadaniowego cyklu mamy dla Was kolejny wierszyk o smakołykach, jakie można przygotować, nie tylko na śniadanie. A przy okazji można powtórzyć wiadomości ze szkoły, bo okazuje się, że do upieczenia rogali przydaje się geometria...
My uwielbiamy rogaliki maślane! Najbardziej z dżemem! A Wy?

Rogaliki maślane


Chciała Asia zrobić niespodziankę mamie
I na śniadanie upiec rogaliki maślane.

Tylko jak je zrobić? Łamała sobie głowę.
Może jednak po prostu kupić w sklepie gotowe?

W końcu Asia postanowiła zapytać tatę.
On skonsultował się ze starszym bratem.

Bo taty brat od wielu lat w piekarni pracuje.
Chleby, bułki i rogale codziennie wyczarowuje.

Gdy Asia od wujka przepis odebrała,
Czym prędzej do pracy rękawy zakasała.

Masło z innymi składnikami wymieszała
I po chwili na wyrośnięcie ciasto już czekała.

A gdy ciasto na rogale było już gotowe,
Pojawiło się u Asi zmartwienie całkiem nowe. 

Ciasto już na płaski placek rozwałkowała,
Co z nim zrobić dalej niestety nie wiedziała.

Przyszedł tata z pomocą w tej trudnej chwili. 
Ostrym nożem placek na trójkąty podzielili.

Potem przez chwilę w głowę się drapali.
Aż w końcu trójkąty w rogaliki zawijali.

Przy okazji geometryczna była to zabawa,
Bo przypomnieli sobie co to wierzchołek i podstawa.

Gdy już zwijanie trójkątów zakończyli,
Rogaliki równiutko na blasze ułożyli.

Na koniec zgodnie z wujka wskazówkami.
Posmarowali mlekiem i posypali maku ziarenkami.

Potem zostało już tylko oczekiwanie,
Czy upieczone rogaliki posmakują mamie.

Smakowały i mamie, Asi,  tacie i bratu taty,
Który wpadł na rogaliki i filiżankę herbaty. 


czwartek, 28 maja 2015

Zguba pani Marzenki

rys. Ala

Drodzy Mali Poczytnicy! Mamy dla Was dzisiaj wierszyk, który chcielibyśmy, abyście przeczytali swoim rodzicom, jeśli zbyt często widzicie w ich dłoniach telefony komórkowe. Przeczytajcie i namówcie na zmianę przyzwyczajeń, bo naprawdę warto :) I najlepiej zaciągnijcie ich na łąkę! Żeby trochę odpoczęli :)

"Zguba pani Marzenki"

Miała Pani Marzenka okropny ból głowy,
Bo gdzieś jej zaginął telefon komórkowy.

Była z nim bardzo zżyta, wiecznie go używała.
Rozmawiała, zdjęcia robiła i dużo sms-owała.

Szukała go od godziny - czekając na rezultaty,
Nie znalazła go nawet w garażu swego taty.

Zajrzała w każdą dziurę, podniosła dywany.
Czyżby zaginął bezpowrotnie telefon kochany?

Niech ktoś zadzwoni! Niech zagra dzwonka muzyka!
To niemożliwe, że telefon sam z siebie znika.

Pani Marzenka załamana, poszukiwania porzuciła.
Usiadła na schodach przed domem i aż się zadziwiła.

Ujrzała zieleń drzew i złotego słońca promienie.
Usłyszała ćwierkanie ptaków i drzew ciche szumienie.

Zrozumiała, co traciła przez rozmowy i sms-owanie.
Poczuła, ile radości daje odgłosów przyrody słuchanie.

Zamyślona nad tym faktem na schodach siedziała,
Kiedy nagle dzwonek telefonu z głębi domu usłyszała.

Pomyślała “A niech dzwoni! Ja tu sobie ptaszków słucham”
Odpocznę sobie, posiedzę i potem go znowu poszukam.

Gdy w końcu weszła do domu bardzo się zdziwiła.
Telefon leżał na środku stołu, tam gdzie go położyła.

Zrządzenie losu to sprawiło? A może jakieś krasnale?
Lecz Pani Marzenki ta historia nie martwiła już wcale.

Od tego czasu mniej dzwoniła i dużo mniej sms-owała.
Za to z wielką przyjemnością śpiewu ptaków słuchała.

poniedziałek, 25 maja 2015

Sukienki dla lalek

rys. Ewa

Następnym razem, gdy coś nieprzewidzianego stanie się sukienkom Waszym lalek, koniecznie pamiętajcie o naszej dzisiejszej bajce! Mała Ewa i jej mama pomogą swoją pomysłowością, a radosną twórczość pozostawimy Wam, Drodzy Czytelnicy :) Oto historia jak lalki Ewy najpierw straciły, a potem z powrotem zyskały swoje piękne odzienie.

"Sukienki dla lalek"

Ewa miała dużo lalek. Bardzo lubiła się nimi bawić, a najbardziej przebierać je i stroić. Takie wystrojone lale uwielbiały bawić się na balach lalek i misiów. Po jednym z takich balów Ewa zasnęła szybciej niż zazwyczaj. Nie udało jej się odłożyć zabawek na swoje miejsca. Rano, gdy wstała, lalkami i misiami bawił się jej ukochany pies Pan Szpileczka. Piesek miał ostre ząbki i pazurki. Niestety, podczas zabawy, poniszczył lalkom sukienki, a jednemu z misiów oberwał ucho. Na ten widok Ewa zalała się łzami i pobiegła do mamy.
- Mamusiu! Pan Szpileczka pożarł ubranka moich lalek! Urwał Misiowi Teodorowi ucho! Pomóż, mamusiu! - wołała zrozpaczona dziewczynka.
- Ewuniu - rzekła mama - zaraz zoperujemy Teodora. Za kilka chwil będzie miał uszko na swoim miejscu.
Mama przyniosła duże drewniane pudełko, w którym trzymała kolorowe nici, igły i nożyczki. Ewa wyszukała nitkę w kolorze futerka Teodora - jasnobrązową. Mama odcięła duży kawałek nitki i nawlekła nią igłę, to znaczy przełożyła nitkę przez ucho, czyli dziurkę w igle. Potem na końcu nitki zawiązała supełek. Zabrała się do przyszywania ucha misia Teodora. Po chwili było ono na swoim miejscu, a miś wyglądał jak nowy.
Ewa bardzo się ucieszyła, ale chwilę później spojrzała na poniszczone ubranka lalek.
- Mamusiu, a czy możesz uszyć nowe suknie dla moich lalek? - zapytała dziewczynka.
- Ewuniu - rzekła mama - z przyjemnością, jest tylko jeden problem.
- Jaki, mamusiu? - zapytała Ewa.
- Nie mam żadnych projektów sukienek - odpowiedziała zmartwiona mama.
- Tak, to faktycznie jest problem – potwierdziła Ewa i zamyśliła się. Po chwili miała już pomysł.
- Wiesz co mamusiu, to ty się teraz zajmij obiadem, a ja sobie troszkę porysuję.
- Dobrze córeczko, nie martw się. Może później coś wymyślimy – dodała mama.
Gdy mama gotowała obiad, Ewa rysowała. Z pokoju dziewczynki dobiegał jedynie szelest kartek. Po ponad godzinie Ewa wkroczyła do kuchni z naręczem rysunków. Rozłożyła wszystkie na kuchennym stole i zawołała mamę.
- Córeczko, to jest wspaniałe! – powiedziała mama, oglądając rysunki.
Okazało się, że Ewa narysowała aż dziesięć różnych sukienek dla lalek. Były w różnych kolorach i długościach. Miały rękawy lub były na ramiączkach. Do jednej z sukienek Ewa zaprojektowała czerwone bolerko.
- Mamusiu, czy pamiętasz podartą koszulę taty? Odłożyłaś ją jakiś czas temu - zapytała Ewa.
- Tak, pamiętam - odpowiedziała mama.
- Myślę, że możemy dwie sukienki uszyć z materiału, który można uzyskać z tej starej koszuli.
- To bardzo dobry pomysł - ucieszyła się mama - Mam jeszcze czerwoną dziurawą apaszkę, będzie idealna na suknię balową.
Po obiedzie zabrały się za szycie sukienek. Udało się tego dnia uszyć aż dwie. Mama znalazła jeszcze inne skrawki materiałów. Po tygodniu wszystkie lalki miały nowe sukienki.
Z okazji wymiany całej lalkowej garderoby Ewa zorganizowała bal, na który zaprosiła również ciocię Karolę - wielbicielkę sukienek i koralików.
- Ewuniu! - krzyknęła z zachwytem ciocia - te sukienki są wspaniałe! Wydaje mi się, że w przyszłości możesz zostać projektantką mody!
Ewa uśmiechnęła się tajemniczo. Marzyła o tym, żeby w przyszłości projektować ubrania.

rys. Ewa

piątek, 22 maja 2015

Jaskiniowe skrzaty

rys. Ala

Zastanawialiście się kiedyś, czy w jaskiniach oprócz zwierząt, takich jak misie lub nietoperze, żyje ktoś jeszcze? Na jednej z wycieczek mała Hania przekonała się, że - przy odrobinie szczęścia - w jaskiniach można się natknąć na kogoś jeszcze. Chcecie wiedzieć kogo? Przeczytajcie!

"Jaskiniowe skrzaty"

Hania bardzo lubiła piesze wędrówki po górach wraz z rodzicami. Podczas tych wypraw często schodzili również do jaskiń. Wędrując jaskiniowymi korytarzami dziewczynka wyobrażała sobie, że na końcu znajduje się jaskiniowe miasteczko. Wyobrażała sobie kolorowe domki, kręte drogi, zielone parki i maleńkich mieszkańców jaskiniowego miasteczka. Jednak żadna z dotychczasowych wizyt nie zakończyła się takim odkryciem.
W pewien weekend rodzice Hani postanowili odwiedzić jaskinię, w której było wyjątkowo dużo korytarzy. Jaskinia ta była też bardzo głęboka. Nim wyruszyli tato przestrzegł Hanię, by bardzo uważała, gdyż w tej jaskini bardzo łatwo się zgubić. Dziewczynka wzięła sobie do serca słowa taty i trzymając go za rękę szła korytarzami niesamowitej jaskini. Jednak kilka korytarzy było na tyle wąskich, że dziewczynka musiała puścić rękę taty. Rozmyślając na temat swojej odwagi przestała uważać na wszystko, co działo się wokół niej. Gdy zdała sobie sprawę, że rodziców nie ma obok niej zaczęła rozglądać się w poszukiwaniach blasku ich latarki. W pewnym momencie dziewczynce zdawało się, że na końcu lewej odnogi tunelu zobaczyła światełko. Myśląc, że to światło latarki rodziców pobiegła w jego stronę. Jakie było jej zdziwienie, gdy odkryła, że blask, który widziała pochodzi z kamiennego miasteczka, w którym niewielcy ludzie dreptali krętymi ścieżkami. Hania nie mogła uwierzyć własnym oczom. Do tej pory była przekonana, że jaskiniowe miasteczka są wytworem jej wyobraźni. Przez dłuższą chwilę podziwiała maleńkie domy, wąskie drogi, niewielkie wozy wypełnione skrzatami oraz miniaturki zwierząt. Miasteczko tętniło życiem i pełne było radosnych krzyków i śmiechu. W pewnym momencie coś uderzyło dziewczynkę w nogę. Gdy spojrzała w dół spostrzegła, że to mały skrzat nie zauważył jej i nabił sobie wielkiego guza. Hania przykucnęła i uśmiechnęła się radośnie do przestraszonego skrzata. Pisk, jaki wydobył się z gardła skrzata, wystraszył Hanię, a na mieszkańców miasteczka zadziałał jak alarm, zwiastujący niebezpieczeństwo. Wszystkie skrzaty rzuciły się na ratunek sąsiada. W jednej chwili wokół dziewczynki znalazł się tłum bojowo nastawionych skrzatów.
- Ależ nie bójcie się, proszę! - Hania próbowała przekonać skrzaty, że nie jest ich wrogiem. - Nie chcę zrobić wam krzywdy.
- Ale Ty nie masz prawa nas widzieć - odezwał się najodważniejszy ze skrzatów. - Nigdy dotąd żaden człowiek nas nie zobaczył.
Hania wzruszyła ramionami i z uśmiechem wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę herbatników, którą dała jej na drogę babcia. Pokruszyła ciastka i wysypała je na białą chusteczkę imitującą obrus. Skrzaty były początkowo bardzo nieufne, ale w końcu najodważniejszy spróbował herbatnika. Gdy tylko zjadł pierwszy kawałek od razu sięgnął po następny i zachęcił pozostałe skrzaty, by zrobiły to samo. Biesiadując przy białym obrusie i herbatnikach skrzaty opowiedziały gościowi o swoim mieście, o jego mieszkańcach, o ich pasjach i zwyczajach. Hania była zachwycona opowiedzianymi przez towarzyszy historiami. Marzyła, by chociaż jeden dzień spędzić ze skrzatami, wypić ich ulubiony napój - mleko z miodem - i słuchać opowieści najstarszego z nich. Jednak w pewnym momencie Hania coś usłyszała. Gdy zaczęła nasłuchiwać okazało się, że ktoś ją woła. Wtedy przypomniała sobie o rodzicach, którzy z pewnością jej szukali bardzo się martwiąc. Wystarczyło, że podeszła kilka kroków, a od razu oślepiło ją światło latarki taty. Rodzice zmartwieni nieobecnością swojej córki od razu zaczęli wypytywać Hanię o to, gdzie była i dlaczego ich nie posłuchała. Tym razem dziewczynka również nie słuchała swoich rodziców, przerwała im i zapytała:
- Macie może paczkę herbatników?
Zdziwieni rodzice przeszukali kieszenie swoich kurtek. Tata po chwili wyjął z kieszeni paczkę połamanych herbatników i podał córce. Hania nie czekała na kolejne pytania rodziców, podbiegła do miejsca, gdzie widziała przed chwilą wspaniałe miasto zamieszkałe przez skrzatów. Jednak po kolorowych domkach, krętych ulicach i radosnych głosach skrzatów nie było już śladu. Dziewczynka położyła otwartą paczkę herbatników na płaskim kamieniu i wróciła do rodziców. Hania wiedziała, że gdy nastanie spokój i zgasną światła latarek miasto skrzatów ponownie pojawi się, a jej mali przyjaciele znajdą pozostawioną przez nią niespodziankę.