środa, 23 września 2015

Dzień Spadającego Liścia

Rys. Ewa

Z okazji dzisiejszego Dnia Spadającego Liścia i pierwszego oficjalnego dnia jesieni, aby rozchmurzyć Wam troszkę buzie zapraszamy na bajkę o liściach. Spadających liściach!


Marysia to urocza rudowłosa dziewczynka o bystrym błękitnym spojrzeniu i wspaniałej wyobraźni. Marysia ma 5 lat, ale czuje się już dużą dziewczynką. Pomaga mamie w kuchni przy pieczeniu ciasteczek, choć więcej zjada niż wykraja nowych. Pomaga tacie, gdy ten próbuje naprawić samochód, choć wciąż nie wie, który to klucz francuski, a który nasadowy. A wieczorami czyta bajki swojej małej siostrzyczce Malwince, choć zawsze w połowie zasypia. Marysia jest na ogół energiczną dziewczynką i dzięki swojej wyobraźni nigdy się nie nudzi. Czasem tylko jak jest chora, to opada z sił, a entuzjazm uchodzi z niej niby powietrze z maleńkiej dziurki przedziurawionego balonika...
Tamtego dnia była właśnie chora i nie miała na nic sił. Opatulona w ciepły wełniany sweterek w groszki, owinięta szalikiem pod same uszy i zatopiona w miękkim kocu siedziała z brodą na parapecie i obserwowała niezadowolona pierwszy oficjalny dzień jesieni. Od tygodnia było już zimno i bardzo wietrznie, a na domiar złego co dwa dni lało jakby się wszystkie aniołki zebrały i chciały sobie zrobić basen na ziemi.
Marysia była chora już od dwóch dni. Mama karmiła ją bułeczkami z miodem i poiła syropkiem z cytryny i czosnku – przedziwnej, przeohydnej i przebrzydłej mieszanki. Smarowała plecki maścią rozgrzewającą i przykrywała kocem. Marysia siedziała w dużym pomarańczowym fotelu i obserwowała świat za oknem.
Na podwórku przed domem rosło bardzo wysokie, bardzo rozłożyste i bardzo liściaste drzewo. Marysia nie wiedziała, co to za drzewo, ale zawsze bardzo je lubiła. Oglądała to drzewo ze wszystkich stron już sto razy i znała je praktycznie na pamięć.
Drzewo nie wyglądało najlepiej. Większość liści uschła i ledwo wisiała na swoich ogonkach. Większość nabrała już tej brzydkiej barwy o nazwie buro-brązowo-blech. Niektóre już pospadały i tworzyły bury dywan na ziemi wokół drzewa. Inne chwiały się niepewnie, jakby zastanawiały się, czy spaść teraz, czy może za chwilkę. Marysia obserwowała drzewo bez większego zainteresowania.
Gdy pierwszy listek z samego czubka drzewa został zdmuchnięty przez wiatr i poszybował hen do góry, a później zdecydowanie zbyt szybko w dół, Marysia nie zauważyła nic nadzwyczajnego. Kolejny liść, pękaty niczym wielki brzuch Pana Janka Gazeciarza, spadał "brzuszkiem" do góry, a zewnętrzne jego krawędzie głaskały się po nim z upodobaniem. To Marysia już zauważyła i poczuła przypływ zainteresowania. Zaczęła baczniej przyglądać się swojemu drzewu. Myślała, że zna je na pamięć! Że nic jej nie zaskoczy!
Po kilkunastu minutach obserwacji Marysia zauważyła, że tylko liście spadające z samego czubka drzewa wywijały jakieś dziwne akrobacje. Pozostałe spadały jak na normalne liście przystało – odrywały się od gałązki, leciały w dół, lądowały na kupce innych liści, koniec. A te z góry? Wydawało się, że są jak dzieci na zjeżdżalni na basenie – każde chce zjechać w bardziej wymyślny sposób niż poprzednik! I tak właśnie było.
Marysia patrzyła już na jeden jedyny żółtozłoty listek, który oderwał się od gałązki, rozpostarł szeroko, a potem w mig zwinął się w rulonik i opadł. Inny z kolei spadając okrążył całe drzewo! Jeszcze inny pokonał labirynt gałęzi, gałązek i gałązeczek i pokazał się dopiero tuż nad ziemią.
Jednak to było jeszcze nic zadziwiającego w porównaniu z tym, co Marysia miała ujrzeć później. Otóż później zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe. Niewyjaśnione! Bo na przykład, trzy jeszcze w połowie zielonkawe listki odbiły się od czubka drzewa i spadały trzymając się za ogonki, niczym za rączki! Albo inny listek – taki koloru bliżej nieokreślonego brązowawego – spadał bardzo szybko w dół, ale tuż nad ziemią zatrzymał się i zawisł w powietrzu na kilka sekund, po czym bardzo delikatnie spoczął na ziemi. To było niesamowite!
Po chwili Marysia przetarła ze zdziwienia oczy. Obiema rączkami. Mocno. "Czy ten liść naprawdę do mnie pomachał?". Otóż z samego czubka drzewa leciał właśnie mały kolorowy listek i machał do Marysi siedzącej w oknie, z nosem wciśniętym w zaparowaną szybę. Machał swoim ogonkiem jak rączką i uśmiechał się. Marysia odmachała niepewnie nie będąc pewną, co się właściwie wydarzyło.
Po machającym listku nie spadł już żaden liść tego dnia. Marysia czekała i czekała, ale na próżno. Gdy później opowiedziała całą historię babci Lusi, dopiero ona wyjaśniła, co tak naprawdę się wydarzyło. Okazało się, że drzewo na ich podwórku to prastary pradawny ambrowiec balsamiczny, który jest magiczny. Magiczny! Co roku bowiem, pierwszego dnia jesieni, liście robią pokaz dla domowników, aby umilić im zakończenie lata.

„A myślałam, że znam moje drzewo na pamięć. I że niczym mnie nie zaskoczy!”, wykrzyknęła zachwycona Marysia i wybiegła na dwór utulić swoje wyjątkowe drzewo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz